MajMuzyczne wspomnienia – Ania Rusowicz, Old Timer’s Garage, Katowice, 18.01.2014

Dziś serdecznie zapraszam na jedno z moich najwcześniejszych wspomnień spisanych i kiedyś, bardzo dawno temu, opublikowanych. Zdjęcia były jakie były ale tekst myślę, że oddaje emocje jakie towarzyszyły mi podczas pierwszego i jedynego jak na tę chwilę koncertu Ani Rusowicz. A wszystko to ponieważ w końcu po tych sześciu latach dziś będę mógł ponownie ją zobaczyć na żywo i zrobić kilka zdjęć dzięki uprzejmości Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Poniżej cała moja ówczesna relacja i kilka zdjęć:

“W ostatni sobotni, styczniowy wieczór zanurzyłem się w czeluściach rocka psychodelicznego oprószonego szczyptą starego, dobrego big-bitu, który zawładnął całym moim wnętrzem. Przez te kilkadziesiąt minut każdy z uczestników tej podróży mógł znaleźć coś dla siebie, a sala Old Timers’a znów zapełniona była prawie po brzegi. I do tego jeszcze nad sceną unosiły się duchy najwspanialszych artystów w historii rocka, którzy oplatali swoją aurą każdy akord wybrzmiewający podczas występu.

Na początku jednak całego koncertu pojawiło się kilka małych komplikacji, bo to mikrofony odmawiały posłuszeństwa, a to odsłuch dla Ani nie działał poprawnie. Hubert i jego perkusja jakoś też nie brzmiały perfekcyjnie. Spięcie czuło się w początkowych utworach z odległości kilometra. Wtedy od razu przypomniał mi się ostatni akustyczny koncert Anathemy we Wrocławiu, gdzie sytuacja była podobna. Na szczęście tak jak tamtego wieczoru wszystko później było już piękne i perfekcyjne.

Jak już wcześniej wspomniałem tak wiele natchnień można było usłyszeć podczas całego setu. Nad grą Łukasza Jakubowicza, który odpowiadał za partie klawiszowe czuwał sam Jon Lord. Z zachwytem słuchałem jak wywijał na Hammondzie, a „purpurowe” cienie tylko spoglądały na klawiaturę nie mogąc się nadziwić, że jeszcze ktoś potrafi tak zaczarować muzyką na klawiszach. Łukasz zresztą po koncercie przyznał się, że jest twórcą Memoriału Jona Lorda, który odbywa się w warszawskiej Proximie. Następnym wspaniałym gościem w sensie mistycznym był Kurt Cobain. Ania zaskoczyła mnie wykonaniem „Come as you are” z repertuaru Nirvany, który wprawił w osłupienie większą część publiczności . Jeszcze nigdy nie słyszałem piękniejszej wersji, a myślę że sam Kurt słuchając uśmiechał się tylko szelmowsko podpalając kolejnego papierosa.

Osobny akapit muszę zostawić dla Ani i jej Mamy. Ale zacznę od podziękowania:

„Pani Ado.
Wiem, że gdzieś tam Pani mnie słyszy. Chcę podziękować za Pani córkę, za jej piękno wokalne i wizualne. Za to, że w końcu obrała muzyczną drogę i może rozświetlać blaskiem na firmamencie muzyki rozrywkowej i może dawać nam, tym z młodszego pokolenia, pierwiastek muzyki, której tak bardzo brakuje w dzisiejszych czasach. Za to i za każdy dźwięk przez Nią tworzony dziękuję bo słyszę i wierzę, że jest on opleciony Pani błogosławieństwem.”

No dobrze wystarczy tej prywaty ;). Ania ma głos perfekcyjny, który tak wspaniale komponuje się z resztą zespołu. Każda wokaliza jest jak element idealnej układanki. Przez całe życie możesz ją rozkładać i składać ponownie a ona nigdy Ci się nie znudzi. Nie jestem w stanie nawet wybrać poszczególnych utworów, bo każdy pozostawi w sercu moim cząstkę, którą będę chciał kiedyś przekazać komuś kto mnie pokocha. Kulminacyjnym punktem koncertu (już podczas bisów) był zaśpiewany przez Anię jeden z najważniejszych utworów w repertuarze jej Mamy czyli „Za daleko mieszkasz miły”. Wtedy to cała publiczność wstała i odśpiewała z Anią ten piękny utwór. A Ja gdy spoglądnąłem na balustradę balkonu ujrzałem samą Panią Adę, która z wdziękiem i uśmiechem nuciła wraz z nami i dumnie obserwowała co działo się podczas koncertu.

Co do pozostałych utworów zagranych podczas tego wieczoru to jak przystało na trasę promującą nowy album „Genesis” pojawiły się wszystkie utwory z niego poza „Powrotami do Siebie”. Dodatkowo pojawiły się jeszcze „Przyjdź”, „Ślepa miłość” oraz najbardziej przeze mnie wyczekiwane „Stróże świateł” z pierwszego solowego krążka Ani. W tym ostatnim wyśmienicie zabrzmiała solówka w wykonaniu Ritchiego Palczewskiego zagrana przy pomocy smyczka. Zwieńczeniem było pojawienie się fragmentów legendarnego „Hush” podczas prezentacji zespołu.

Uwierzcie mi lub nie, byłem na wielu koncertach w swoim życiu, ale jeszcze nigdy nie trząsłem się cały ze szczęścia gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki „Co z tego mam?”. Na szczęście kojący uśmiech Ani, którym uraczyła mnie podczas podpisywania płyt wyłaniający się spomiędzy słoneczników otrzymanych w trakcie koncertu spowodował, że mogłem spokojnie wracać do domu. I marzyć o powrocie w te psychodeliczne dźwięki mam nadzieję już wkrótce.”

Setlista:

Anioły
Tango Śmierci
Ptaki
Tam Gdzie Pada Deszcz
Polne Kwiaty
Rzeka Pamięci
To Nie Ja
Nie Uciekaj
To Co Było
Mantra
Stróże Świateł
Come As You Are
Przyjdź
Ślepa Miłość

Encore:

Za daleko mieszkasz miły
Co z tego mam?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.