Są takie zespoły, na koncerty których po prostu chodzi się, bez względu na to, który to już raz, nawet w jednym roku. Dla mnie takim zespołem jest Katatonia, którą niedawno miałem przyjemność widzieć w Progresji drugi raz, po tegorocznym festiwalu w Ostrowie Wielkopolskim.
Rola pierwszego supportu przypadła pochodzącemu z Włoch, a tworzonemu przez Włochów i Amerykanów, zespołowi KLOGR. Ich muzykę określa się jako alternatywny metal z wpływami metalu progresywnego i sam lepiej bym tego nie opisał. Twórczość grupy jest może nieco toporna, ale na scenie prezentują się znakomicie – bardzo profesjonalnie, znać porządne przygotowanie i ogranie własnego materiału. Osobiście, bardziej przypadły mi do gustu te szybsze kawałki, gdzie zespół ładnie gniótł riffami niż te w średnich tempach, którym trochę brakowało dynamiki. Niemniej, Klogr zabrzmiał dobrze, a wizualizacje na ekranach potęgowały klimat.
Nie mam pojęcia, co się wydarzyło z dźwiękiem, ale pierwszy kwadrans występu gigantów szwedzkiego prog metalu z EVERGREY był trochę straszny, bo niewiele tam się zgadzało pod względem nagłośnienia. A szkoda, bo na początku panowie zaprezentowali, między innymi, mój ulubiony „King Of Errors”. Kolejne 15 minut zabrzmiało dużo lepiej, a ostatni kwadrans nareszcie dobrze, ale przy tak krótkim koncercie wywołało to jednak spory żal. Na szczęście, zespół nadrabiał energią, zaangażowaniem i znakomitymi wykonaniami, bo do nich absolutnie nie można było się przyczepić. Po prostu, nie zawsze było je dobrze słychać. Ale poza tym, występ był ogólnie udany, z krótkim, ale przekrojowym setem, choć obejmującym tylko kilka ostatnich płyt, w tym zeszłoroczną „Theories of Emptiness”, z której usłyszeliśmy „Cold Dreams” (szkoda, że Jonas nie wyszedł zaśpiewać, skoro był na miejscu…) i znakomity „Falling From the Sun”. Na końcu, zespół zagrał także zupełnie nowy kawałek – „OXYGEN!”.
KATATONIA pod pewnymi względami przypomina mi Moonspell. Fani zawsze przyjdą, i to licznie, ale głównie na nich. Przez to, dopiero podczas występu gwiazdy wieczoru w klubie naprawdę się zagęściło. Zespół promuje obecnie tegoroczny album „Nightmares as Extensions of the Waking State” i faktycznie dominował on w koncertowej setliście, choć nieznacznie. Przyznaję, że nowa płyta nie zrobiła na mnie szczególnie piorunującego wrażenia i na żywo to się tylko potwierdza. W tym kontekście, może jednak da się wierzyć tłumaczeniom Andersa Nyströma dlaczego odszedł, choć zwykle w takich historiach jest więcej niż jedna strona medalu. Szczęśliwie, grupa zaprezentowała niemal równie tyle samo kawałków z „Night Is the New Day” („Forsaker”, „Nephilim” i „The Longest Year”) oraz „The Great Cold Distance” („July”, „Leaders” i „Soil’s Song”). Serce me pęka, że nie pojawiło się nic z „Viva Emptiness”, ale bardzo dobrze zabrzmiał „For My Demons” z „Tonight’s Decision”. Ogólnie, występ był bardzo dobrze przygotowany, z niezłym nagłośnieniem (choć do brzmienia gitar można było mieć zarzuty), fajnie dopasowanymi światłami i wizualizacjami w tle. Miało to rozmach i klimat. Do tego, Jonas Renkse był w doskonałej formie, podobnie jak w Ostrowie – dobrze śpiewał, dużo się ruszał i zagadywał publiczność, a pamiętam koncerty, gdy potrafił tylko stać przy mikrofonie i śpiewać. To jest poważna i bardzo pozytywna zmiana. Nie zmieni się jednak to, że na kolejny występ Katatonii w Polsce też na pewno przyjdę, nawet jeśli będę potem trochę narzekał.
Views: 24

