Cold in Berlin – „Wounds”
(07.11.2025, New Heavy Sounds)
- Hangman’s Daughter 05:17
- 2. 12 Crosses 04:46
- Messiah Crawling 04:53
- They Reign 05:03
- The Stranger 05:11
- We Fall 03:56
- The Body 03:33
- I Will Wait 04:41
- Wicked Wounds 04:59
Cold in Berlin powstali w Londynie w 2010 roku, a „Wounds” to ich długo oczekiwany, piąty album studyjny – pierwszy od sześciu lat. Anglicy są coraz bardziej rozpoznawalni w alternatywnym podziemiu, choćby za sprawą oryginalnego stylu, będącego wypadkową mieszanki gotyckiego post punku, doom i post metalu, a nawet elementów krautrocka.
Otwierający płytę „Hangman’s Daughter” wita nas chłodnym klimatem, mocnymi uderzeniami perkusji i przeszywającym na wskroś wokalem. W „12 Crosses” dochodzi do tego transowa rytmika, która dalej rozwija się w szarpiącą nerwowość, potęgowaną przez neurotyczny sposób śpiewania wokalistki. Z kolei, potężne riffy zamiast post punkowych melodii i zagrywek nadają ciężaru i mocno urozmaicają brzmienie „Messiah Crawling”. Mocno wchodzi też „They Reign”, gdzie śpiew wokalistki wywołuje ciarki na plecach. Uczucie to tylko wzmacnia jakby marszowy rytm, który tworzy podniosłą atmosferę pełną oczekiwania na rozwinięcie, które jednak nie następuje. Z jednej strony, taki zabieg może budzić niedosyt, ale też świadczy o bezkompromisowości i wyraźnej wizji zespołu. W „The Stranger” odnajdziemy nieco mniej mroku, za to więcej elektroniki, a „We Fall” to wariacja zespołu na temat stoner rocka – pierwotny motyw bardzo to sugeruje, ale potem zespół skręca w tylko sobie znanym kierunku. Sprawia to wrażenie, jakby ktoś jechał motocyklem przez mroczne zamczysko. Początek „The Body”” jest bardziej post punkowy, ale potem gitarowe riffy mocno dociążają go, a nawiedzony śpiew wokalistki sprawia, że włosy stają dęba. Wszędzie. Podobnie jest w „I Will Wait””, gdzie świdrujący riff na bazie głębokiej linii basu próbuje się przebić, ale wszystko przykrywa śpiew Mayi, która ponownie przyciąga największą uwagę. Całość zamyka „Wicked Wounds”, który niejedna kapela post punkowa przyspieszyłaby, czyniąc z niego taneczny hit, idealny na alternatywne listy przebojów. Tylko po co, skoro można przekształcić go w transowego kolosa, który dopiero pod koniec rozwija się i bije mocno po twarzy. Szanuję takie podejście.
Gwiazda m.in. naszego Castle Party powróciła w wielkim stylu z nowym krążkiem, który prawdopodobnie tylko ugruntuje ich pozycję na rynku. „Wounds” to album równy, rozsądnie eklektyczny, ale konsekwentny. Słychać, że muzycy wiedzą, co chcą osiągnąć. Eksperymentują, ale nie przekraczają granic, zza których trudno byłoby im wrócić. Cold in Berlin nagrali album niełatwy w odbiorze, zwłaszcza początkowo, ale bardzo wciągający swą hipnotyzującą aurą. Duża w tym zasługa wokalistki, co trzeba podkreślić, bo bez Mayi ten zespół chyba nie miałby już racji bytu.
Views: 32
