Myślę, że SWANS można śmiało zaliczyć do grona kapel, które w Polsce od lat mają rzesze wiernych fanów, co pokazuje frekwencja na ich koncertach. Nie inaczej było ostatnio, w warszawskiej Stodole.
Zacznę od aspektu, o którym każdy już pewnie słyszał, bo sprawa, jak to w dzisiejszych czasach, szybciutko trafiła do mediów społecznościowych. Może nie jeden nawet się z tego zaśmiał, ale wierzcie mi, że do śmiechu nie było. Rozumiem, że koncert był co najmniej prawie wyprzedany, ale kolejka, w której trzeba stać 40 minut, przy niezbyt wysokiej temperaturze, to organizacyjna porażka, prawdopodobnie z winy obsługi klubu. Nie przemawia do mnie argument frekwencji, bo nawet przy wyprzedanych koncertach, choćby w Progresji, nie ma takich problemów. To tyle narzekania, przejdźmy do meritum.
W związku z powyższym, nie zdążyłem na cały koncert JESSIKI MOSS, której przypadła rola supportu. Artystka, znana z Thee Silver Mt Zion i współpracy z Arcade Fire, przynajmniej na ile udało mi się zorientować, przygotowała mocno awangardowy występ, podczas którego nie tylko grała na skrzypcach czy śpiewała, ale również stosowała zapętlone ambienty i drone’y. Ciekawe dźwięki, ale może lepiej sprawdziłyby się w bardziej kameralnych warunkach.
Trudno mi powiedzieć, czy występ Jessiki Moss został opóźniony, ale główna gwiazda wieczoru wyszła na scenę 20 minut później niż w planie pomimo, że scena wydawała się już być przygotowana. No cóż, artyści mają swoje prawa. Pojawienie się muzyków Swans wywołało ogromne brawa i okrzyki radości. Nie występują w naszym kraju zbyt często, więc jest to jak najbardziej zrozumiałe. Obecny skład zespołu to praktycznie sami starzy znajomi. Poza liderem, w szeregach kapeli znajdują się obecnie Norman Westberg, Kristof Hahn, Larry Mullins, Phil Puleo, Christopher Pravdica i Dana Schechter. Tylko dwoje ostatnich, basiści, dołączyli pierwszy raz (co w tym przypadku, nie jest takie oczywiste) już w XXI-szym wieku. Jednak, od początku do końca było widać, że król może być tylko jeden. Michael Gira to przerażający i być może lekko zaburzony geniusz albo doskonały aktor, choć nie chce mi się wierzyć, by całe jego zachowanie było udawane. Raczej, jest po prostu troszkę niezrównoważony, co objawia się w jego podejściu do członków zespołu, choć zdaje się, że „najlepsze” lata ma i tak już za sobą. Podczas warszawskiego występu muzycy regularnie wpatrywali się w lidera, jakby czekając na jego wskazówki, co przypominało szykowanie się do bitwy, a nie grania muzyki. Zresztą, „generał” często gestykulował, jakby naśladując dyrygenta orkiestry, którą Swans, chcąc nie chcąc, są. Na koncertach, grupa wykonuje mało utworów, za to w rozciągniętych do granic możliwości wersjach. Obecna setlista to dwa nowe utwory, tworzące klamrę na początku i końcu występu, „The End of Forgetting” i „Newly Sentient Being” oraz „The Merge” z tegorocznej, bardzo udanej zresztą, płyty „Birthing”, „Paradise Is Mine” z „The Beggar” i „A Little God in My Hands” z „To Be Kind”. Napiszę tylko, że całość trwała około 2,5 godziny, ale nie było tego czuć. Muzyka Swans ma w sobie tę pierwotną, plemienną wręcz, odurzającą siłę, która przyciąga i nie pozwala się oderwać, zupełnie jakby słuchacze zostali zaczarowani, by zostać. Odurzenie można było potraktować niemal dosłownie, bo w pewnym momencie było już bardzo duszno na sali, a więcej świeżego powietrza wpuszczono dopiero po tym, jak ludzie wyprowadzili na zewnątrz młodego chłopaka, który prawdopodobnie zemdlał. Rozumiem szamańską atmosferę (naprawdę było ją czuć i widać po ludziach), ale bezpieczeństwo przede wszystkim. Niemniej, grupa Michaela Giry jest wyjątkowym zjawiskiem, choć w pewnym momencie zacząłem dostrzegać swego rodzaju powtarzalność patentów stosowanych przez muzyków w ramach budowania nastroju. Nie narzekam, wciąż jest to zniewalające, dlatego nie dziwi mnie niesłabnąca popularność Swans, którzy następnym razem z pewnością przyciągną równie dużą publiczność, choć może lepiej, by działo się to w innym miejscu.
Views: 23

