Byłem przekonany, że idę na mały koncert. Niby organizatorzy sugerowali całkiem niezłą sprzedaż biletów, ale chyba nie spodziewałem się aż takiego zainteresowania. Okazało się, że KADAVAR i SLOMOSA przyciągnęli niemały tłum ludzi do warszawskich Hybryd. Oczywiście, mogło to wynikać z faktu odwołania krakowskiego koncertu, przez co z planowanych dwóch zrobił się jeden, i to w dużo późniejszym terminie, ale dla prawdziwych fanów to nie problem.
Celowo napisałem, że publiczność przyciągnęły oba zespoły, bo naprawdę było to widać, zarówno po koszulkach, jak i reakcjach. Norweska SLOMOSA zdążyła już zyskać fanów w naszym kraju, być może po ostatnim występie na Mystic Festivalu. Teraz przyszła pora na pierwszy koncert klubowy. Bez kompleksów i tremy. Norwegowie grają tak, że nie ma znaczenia, które kawałki zaproponują ze swoich dwóch płyt. Liczy się klimat i wykonanie. W tym przypadku, po pierwsze, duch Kyuss unosił się długo i gęsto (aż dziw, że nie w oparach siwego dymu). Po drugie, muzycy grali bez zająknięcia, mimo że w ogromnym żywiole, dając z siebie wszystko. Nie zabrakło też humorystycznych akcentów, takich jak maska konia u chyba najwierniejszego fana (nawiązanie do hitu grupy – „Horses”, który oczywiście usłyszeliśmy) czy polskich przekleństw z ust wokalisty, który pracuje w Norwegii z wieloma Polakami. Obiecali, że wrócą niedługo i jestem przekonany, że tak będzie.
Przyznam szczerze, że KADAVAR jest w naszym kraju chyba większą gwiazdą niż przypuszczałem. Nie chodzi tylko o samą frekwencję, choć tu było znakomicie, klub pękał w szwach, ale też o ruch przy merchu i reakcje publiczności. Niemcy wyszli i zagrali jak dla swoich, bo w sumie tak było. Tłumaczy to też trochę setlistę, której wcale nie zdominowały aż dwa tegoroczne, bardzo udane zresztą, albumy. Fakt, że pod względem reprezentacji palma pierwszeństwa przypadła też świeżej, zeszłorocznej „Kadavar”, ale ogólnie, było bardzo przekrojowo, z uwzględnieniem najpopularniejszych utworów zespołu, takich jak „Last Living Dinosaur”, „Doomsday Machine” czy „Die Baby Die”. Nie gorzej sprawdziły się najnowsze kawałki – przebojowe „I Just Want to Be a Sound”, klasycznie brzmiące „Regeneration” i „Lies” czy jedna z największych petard, czyli „Total Annihilation”. Kadavar jest w doskonałej formie, grają perfekcyjnie (te solówki gitarowe!), jeszcze ciężej niż na płytach, zwłaszcza tych ostatnich, i widać, że sami świetnie się przy tym bawią. Przy takiej muzyce jest to bardzo ważne, w końcu Niemcy wciąż są zespołem rock’n’rollowym. Ich występ nie był może szczególnie długi (trochę ponad godzinę), ale przy tej intensywności tyle w zupełności wystarczyło. Myślę, że fani byli w pełni usatysfakcjonowani.
Views: 24

