Bokka + Rick Feds, Klub Stodoła, Warszawa, 05.12.2025 – Relacja

To był koncert, na który długo czekałem. Praktycznie, cały rok, choć widziałem ten zespół już trzy razy wcześniej. Jednak, po tym, co zaprezentowali na nowej płycie, musiałem tam być. I byłem, podczas warszawskiego odcinka tegorocznej trasy BOKKI w Stodole.

Zanim na scenie pojawiła się główna gwiazda, zawitał na niej, pochodzący bodajże z Łotwy, a stacjonujący obecnie w Londynie, RICK FEDS, który zajmuje się tzw. finger drummingiem. Nie znałem tej techniki do tej pory, bo moja znajomość muzyki elektronicznej jest generalnie lekko ograniczona, ale jestem otwarty na nowości. To, co było dla mnie najbardziej fascynujące, to odgrywanie muzyki na żywo, co w przypadku elektroniki nie jest takie oczywiste. Rick wprawdzie korzysta z sampli, ale wiele elementów uruchamia na bieżąco i faktycznie gra na wypełnionych cyfrowymi przyciskami ekranach oraz zestawie perkusyjnym (częściowo elektronicznym). Zwłaszcza w szybszych utworach robi to ogromne wrażenie. Początkowo, nie mogłem się przekonać, ale później artysta ujął mnie dużym bogactwem stosowanych aranżacji. Szkoda tylko, że nie dostał zgody na wizualizacje, które ponoć zwykle stosuje na swoich koncertach.

W miarę punktualnie, przyszła pora na główną gwiazdę wieczoru. BOKKA wyszła w blasku świateł, z wizualizacjami na wielkim ekranie za muzykami. Momentami, aż oślepiało, ale bardzo pasowało to do nastroju – w końcu, „biała ciemność”, prawda? Muzycy w garniturach (poza wokalistką, ale też elegancką) i charakterystycznych, szpiczastych, szklistych maskach, wyglądali jak przedstawiciele galaktycznej korporacji. Dyscyplina rzeczywiście panuje w zespole duża, wszystko jest dokładnie poukładane. Koncertowy żywioł raczej ustępuje miejsca skupieniu i koncentracji na zadaniu, by muzyka brzmiała idealnie. I tak też się stało, brzmienie było bez zarzutu, nie było się do czego przyczepić. Jednak, nie brakowało również emocji, których pełno w muzyce grupy i tekstach wokalistki. Tajemniczy muzycy nie utrzymują większego kontaktu z publicznością (dopiero pod koniec trochę pośpiewaliśmy razem w „Town of Strangers”), czego trochę brakuje, ale taki mają klimat. W tym roku, zespół wydał miażdżącą płytę „White Room”, o której będę miał okazję napisać kilka słów, a która stanowiła lwią część koncertowej setlisty (została zagrana w całości). Nowe kompozycje zabrzmiały znakomicie, co było do przewidzenia. Szczególnie zwróciłbym uwagę na najbardziej emocjonalne „On Your Side”, „Road 65” i „Personal Satellite”, które wywołują łzy w oczach niczym w odruchu Pawłowa, ale też porywające „Eyes On Me” i „Nobody”. Poza tym, zespół zaprezentował między innymi najlepsze fragmenty z „Blood Moon”„900”, „How… It All Ends”, „No Counting Backwards” i „What If”. Ależ wspaniale zmieniła się wówczas kolorystyka ekranu z oślepiającej bieli na gorący pomarańcz, tudzież czerwień! W ogóle, o profesjonalizmie Bokki można by napisać osobny artykuł. Tego wieczoru w Stodole usłyszeliśmy też wybór utworów z wcześniejszych płyt oraz popularny wśród fanów cover „Teardrop” Massive Attack. Chyba mogę napisać, że był to idealny koncert, bo tu wszystko się zgadzało. Zespół wykonał łącznie 19 utworów, nie pozostawiając niedosytu, bo tu już chyba naprawdę nic nie było do dodania.

Views: 134

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.