Tides From Nebula + Konstelacje, Progresja, Warszawa, 19.12.2025 – Relacja

Cóż mogę powiedzieć, koncertowy finał roku to dla mnie zwykle występ TIDES FROM NEBULA w Progresji. Tym razem, miał on specjalny charakter, z uwagi na wyjątkową obecność na trasie dawnego gitarzysty zespołu, Adama Waleszyńskiego, z okazji 18-lecia grupy oraz, pierwszy raz w historii, odegranie w całości debiutanckiego albumu „Aura”. Zapowiadał się niezwykły wieczór.

Zanim na scenie zainstalowali się gospodarze, wystąpiła również warszawska grupa, KONSTELACJE. Przyznaję, że o istnieniu kwartetu dowiedziałem się dopiero przy okazji trasy TFN, wcześniej nie miałem jakoś przyjemności. Zespół ma na koncie dwa albumy studyjne, moim faworytem jest zdecydowanie zeszłoroczny „Zenit”, z którego usłyszeliśmy „Echo”, „Freyę”, „Znak”, „Przed Świtem” i tylko w Warszawie, „Kołysankę”. Konstelacje zaprezentowały się naprawdę godnie, bez kompleksów, z bardzo dobrym brzmieniem i energią oraz kontaktem z publicznością, utrzymywanym przez wokalistę. Dynamiczna mieszanka post rocka i post metalu, z lekkim sznytem Deftones, znakomicie sprawdziła się jako przystawka, co potwierdziły entuzjastyczne reakcje publiczności. Zdecydowanie, zespół do dalszego obserwowania.

Tides From Nebula wyszli na scenę w glorii i chwale. Grali niemalże u siebie, w dawnym składzie, dla swojej publiczności, przy wsparciu własnej ekipy technicznej, wszystko musiało się zgadzać. I tak też było. Koncert perfekcyjny od początku do końca, bardzo przemyślany i bogaty w doznania. O oprawie świetlnej występów TFN spokojnie można już napisać pracę naukową, także odnośnie doboru efektów, a nie tylko kwestii technicznych. W pierwszej części koncertu nie uświadczyliśmy chociażby słupków z punktowymi lampkami, z których obecnie zespół słynie i które, zdaje się, że rozpropagował w branży, ale przecież w czasach promocji „Aury” muzycy jeszcze z nich nie korzystali. Oczywiście, potem słupki pojawiły się, ale w pierwszej połowie występu nieszczególnie ich brakowało, bo i tak nie było na co narzekać. Otrzymaliśmy przepięknie i bardzo profesjonalnie przygotowany spektakl, czyli właściwie standard w przypadku Tides From Nebula. Warszawiacy już od dawna są „pewniakiem”, na którego można liczyć zawsze i wszędzie, a mówię to będąc już po wielu ich koncertach. Ten miał atmosferę pełną uroczystości i emocji, które mocno udzielały się nawet samym muzykom. Było to widać w wzruszeniu Maćka Karbowskiego, podczas zapowiedzi i ogólnej konferansjerki, oraz w reakcjach poszczególnych członków zespołu, wykonujących kolejne utwory. Oczywiście, nie zabrakło charakterystycznego chodzenia po całej scenie i wymachiwania gitarami, choć tym razem nikt nie zszedł do publiczności w czasie wykonywania „Tragedy of Joseph Merrick”. Po zakończeniu odgrywania „Aury” była krótka przerwa, po czym grupa powróciła, by zagrać więcej z wybranych pozostałych albumów. Muzycy postawili mocno na „From Voodoo to Zen”, z którego usłyszeliśmy aż cztery utwory: „Dopamine”, „Ghost Horses”, „Nothing to Fear and Nothing to Doubt” i „Radionoize”. Nie ukrywam, że dla mnie największą przyjemnością były klasyczne kompozycje z „Earthshine” („Siberia” i „The Fall of Leviathan”).

To był idealny koncert Tides From Nebula, niczego więcej nie było trzeba. Usatysfakcjonowany, czekam na kolejny w przyszłym roku.

Views: 60

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.