New Rock Show vol. IV, Przystanek Otwartej Kultury Kazimierz, Sosnowiec, 10.01.2026 – Relacja

Za nami czwarta edycja festiwalu New Rock Show, imprezy organizowanej cyklicznie w sosnowieckim Przystanku Otwartej Kultury. Pierwszy raz miałem okazję tam zawitać, bo nie ukrywam, że była ona wyjątkowa i nie chodzi wyłącznie o koncerty.

Tegoroczna edycja styczniowego festiwalu na Kazimierzu była zarazem inauguracją wystawy fotograficznej Michała Majewskiego, szefa Maj Music, pod hasłem „Rockowe Migawki”. Bardzo profesjonalnie przygotowana, odpowiednio bogata, a do tego obejmująca, między innymi, kilka wydarzeń, na których mieliśmy przyjemność być razem, choć ja wówczas jeszcze w poprzednich „barwach”.

Co do występów stanowiących, bądź co bądź, sedno wieczoru, było różnorodnie i na poziomie. Trudne, ale ważne zadanie dzierżenia palmy pierwszeństwa przypadło Krakowiakom z OVERFLOW. Panowie określają swoją muzykę jako „elegant metal”, ale objawia się on chyba wyłącznie w faktycznie ładnych strojach muzyków. Bo ich heavy metal jest jednak dość grubo ciosany i mało wykwintny, choć jak najbardziej sprawny. Największe wrażenie robiły zdecydowanie solówki gitarowe i umiejętności perkusisty, choć akurat bębny brzmiały okrutnie głośno, wywracając trzewia. No cóż, metal to nie rurki z kremem.

Wspaniale za to zaprezentowali się reprezentanci Trójmiasta z RED LUST. Kwartet miałem okazję widzieć pierwszy raz w zeszłym roku na festiwalu w Ostrowie, gdzie młodzi muzycy zawładnęli małą sceną. Nie inaczej było w Sosnowcu. Założeniem New Rock Show jest dawanie szansy nowym, mniej znanym kapelom, które są dopiero na początku swojej kariery. Myślę, że Red Lust doskonale wykorzystali szansę otrzymaną na Kazimierzu. Z tego co słyszałem, organizatorom zależało na mocniejszym brzmieniu i dokładnie to otrzymali, choć nie w wydaniu metalowym, a rock’n’rollowym. Aczkolwiek, w muzyce Gdańszczan nie zabrakło również elementów soulu czy nawet reagge, w nowych utworach. Niecierpliwie czekam na premierowy album, bo debiutancką EP-kę mam już przerobioną na wszystkie strony. Zresztą, pierwsze małe wydawnictwo zespołu wybrzmiało w całości („You Won’t Need Another One” nawet dwukrotnie, bo jeszcze na bis). Red Lust zagrali powalająco, profesjonalnie, energetycznie i na luzie. Tak powinien wyglądać karnawał.

Główną gwiazdą czwartej edycji festiwalu New Rock Show był COCHISE. Ktoś mógłby przyczepić się, że nie są ani młodzi ani mało znani, choć z tą popularnością zespołu Pawła Małaszyńskiego jest chyba różnie i raczej nie jest ona aż tak duża jak w przypadku samego aktora. Może to wyjątkowo oklepane, ale jednak trudno kompletnie nie nawiązać do postaci lidera. Jest to ważne, bo zachowanie wokalisty grupy łamie wszelkie stereotypy dotyczące aktorów. W tym przypadku mamy zero zblazowania, wyniosłości i sztuczności. Otrzymujemy za to frontmana z krwi i kości, który kocha muzykę rockową, bo to po prostu widać, i znakomicie się w niej odnajduje, zwłaszcza na scenie. Oczywiście, ośmiu (!) nagranym do tej pory płytom nie można niczego zarzucić, ale pierwotna, dzika, chciałoby się powiedzieć, indiańska natura zespołu ukazuje się najpełniej podczas koncertów. Muzycy postawili na przekrojowy set, w którym równe miejsce miały zarówno ich co bardziej znane przeboje („Say2You”, „Crystal”, „Superstar”, „Letter From Hell” na koniec, aż szkoda, że zabrakło „MLB”), zupełnie nowe „Awakening” (z rozbrajającym komentarzem Pawła: „Jak coś spierdolimy, to i tak nie skapniecie się.”), jak i odważne covery, w tym „Pretty Vacant” Sex Pistols, znane z wersji studyjnej „The Weeping Song” Nicka Cave’a, „Burning Love” Elvisa Presleya na punkową modłę i miks motywu z musicalu „Big Spender” z „Five to One” Doorsów.

Views: 25

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.