Alfa Mist + Immortal Onion, Niebo, Warszawa, 09.02.2026 – Relacja

Koncerty jazzowe może nie są moją największą specjalnością, ale lubię ten gatunek jako całość, bo jest niezwykle fascynujący, dlatego skrzętnie korzystam z nadarzających się okazji. Jedną z nich był ostatni występ ALFA MIST w warszawskim klubie Niebo.

Tego wieczoru, supportem był IMMORTAL ONION i od razu powiem, że było to istne trzęsienie ziemi. Trójmiejskie trio to banda totalnych, ale pozytywnie zakręconych świrów, doskonałych i nieskromnych. Z drugiej strony, szkoda byłoby odmawiać pewności siebie naprawdę utalentowanym ludziom, którzy potrafią należycie zaprezentować swoje umiejętności. Grupa nie gra klasycznego jazzu, lecz mocno zniekształca go i miesza z elektroniką, ambientem, a nawet metalem. Ich twórczość ma silne, psychodeliczne odcienie i skłonność do wprawiania w hipnotyzujący trans, ale nie zamula i nie pozostawia obojętnym. Panowie wykonali w Niebie miażdżący set, który wyrywał z butów i wprawiał podłogę w wibracje (z niepokojem zerkałem też na sufit, ale ten na szczęście postanowił pozostać na swoim miejscu). Mimo to, brzmienie nie wywoływało krwotoku z uszu, co było bardzo pozytywnym zaskoczeniem, przy tym poziomie decybeli i natężeniu niskich tonacji. Może to zasługa klubu, może akustyka, a może każdy odrobił lekcje i wie, jak to się powinno robić. Aż żal ściskał serce, gdy grupa schodziła ze sceny.

Przyznam szczerze, że nie miałem pojęcia, czego oczekiwać po koncercie Alfa Mist, bo twórczość Brytyjczyka znałem wcześniej jedynie w wersji studyjnej. Zastanawiałem się, jaki jest w ogóle charakter jego występów i w jakim składzie one się odbywają. Najbardziej intrygowało mnie, czy na żywo artysta przemyca również obecne w jego muzyce elementy hip hopu. Z tego, co pobieżnie zorientowałem się, to zdarza się, ale w Warszawie Alfa (bo tak faktycznie ma na imię) stanął całkowicie po jazzowej stronie mocy. Ciekawy był dość rozbudowany skład jego zespołu, dzięki czemu całość wybrzmiała wyłącznie na żywo (bez sampli, które mogłyby nieco zepsuć efekt) – poza grającym na klawiszach liderem, również trąbka, bas/kontrabas, perkusja i gitara. Muzycy stworzyli ciepły, otulający klimat, choć lepiej brzmieli razem niż osobno w partiach solowych, które miały na celu prezentację ich umiejętności. W tym przypadku, bardzo dobrze wypadli trębacz i perkusista, trochę gorzej basistka, której solówka sprawiała wrażenie ćwiczenia gam oraz sprawny, ale chyba mocno stremowany gitarzysta. Niemniej, jako całość zespół wypadł przyjemnie, nawet jeśli bez fajerwerków. Usłyszeliśmy raczej wierne, ale ładne wykonania fragmentów promowanego, zeszłorocznego albumu „Roulette” (m.in. utwór tytułowy oraz „Dersen Cafe”, „Found You” czy „Give Anything”). Trochę zabrakło rapu, który nieco urozmaiciłby dość jednolite brzmienie. Szkoda też, że wizualizacje za plecami zespołu stanowił praktycznie jeden, minimalnie tylko modyfikowany motyw.

Mimo moich lekkich narzekań, uważam, że był to bardzo dobrze zorganizowany i technicznie przygotowany koncert. Poznałem kolejny zespół z polskiej sceny jazzowej, którego twórczość zdecydowanie będę śledził oraz ponownie przekonałem się, że genialną atmosferę nagrań studyjnych nie zawsze łatwo jest przenieść na scenę.

Views: 9

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.