(16.01.2026, Interstellar Smoke Records)
- Playing With Matches 01:55
- Houseburning Party 03:38
- Emergency Lights 03:50
- Sober and Difficult 03:43
- It Stops When I Say It Does 03:12
- Your Own Cup of Stars 05:18
- Isolation is Bliss 03:25
- Your Graceful Ruination 03:11
- No Save Points 05:39
- Final Boss: Mediocrity 04:56
- Keep This House Ablaze 02:30
Początkowo, mieli intensywne tempo wydawnicze, ale potem wyraźnie zwolnili. Na nowy materiał Pure Bedlam musieliśmy czekać trochę ponad trzy lata, ale zdecydowanie warto było, a fani talentu Wojtka Kałuży raczej nie mogli narzekać przez ten czas na posuchę, bo wokalista udziela się średnio w 3-4 projektach jednocześnie. Jednak, obecnie skupmy się na „Jubilance”.
„Radość”, bo to dokładnie oznacza tytuł nowej płyty katowickiej grupy, to coś, co faktycznie przynosi jej słuchanie. Oczywiście, dużo tu mocy i ciężaru, ale to w dalszym ciągu najlżejszy i najbardziej melodyjny zespół Wojtka, a to już coś znaczy w przypadku człowieka, który śpiewa w Lesie Trumien, tudzież Mentorze. Pure Bedlam lokuje się gdzieś na pograniczu post-rocka, klimatów ala Deftones i post-hardcore’u, może z leciutkim powiewem sceny waszyngtońskiej, choć w nieco wolniejszych tempach. Brzmienia z przedrostkiem „post-” najbardziej słychać w warstwie gitarowej (melodie, riffy) i momentami poszatkowanych rytmach. Zaś „waszyngtońska” jest emocjonalność – prawdziwa, bezpośrednia, ze skłonnością do pokrzykiwania, choć ładnego, czystego śpiewu też nie brakuje.
„Playing With Matches” i „Keep This House Ablaze” to tylko instrumentalne intro i outro, można zatem powiedzieć, że na krążku znalazło się dziewięć zasadniczych utworów. „Houseburning Party” to piękny przykład, z czym będziemy mieć do czynienia – ogrom przestrzeni, mimo ciężaru, wciągająca melodia i rozbrajająco szczery tekst o trudnych relacjach. „Emergency Lights” początkowo trochę wyhamowuje, ale później robi się mocno zwalisty i bardziej rozkrzyczany. Z kolei, wspomniane wcześniej post-hardcore’owe połamanie i skłonność do storytellingu wyraźnie słychać w „Sober and Difficult” i „It Stops When I Say It Does” (w tym drugim pobrzmiewają też jakby echa Creed). Oba mają też ważne teksty, choć pod tym względem przebija je hipnotyzujący, rozdzierający „Your Own Cup of Stars”, jak mniemam, kierowany do dziecka, co jest wyjątkowo wzruszające. „Isolation is Bliss” klimatycznie się skrada (prowadzący motyw gitary przekształcający się w lekko świdrujący riff robi robotę), ale potem rozwija się, by uderzyć z pełną mocą. Za to, „Your Graceful Ruination” mogłoby na upartego pojawić się, zwłaszcza na którejś z późniejszych płyt, Type O Negative, szczególnie ten początek z niskim śpiewem Wojtka. Umieszczone pod koniec albumu „No Save Points” i „Final Boss: Mediocrity” tworzą niejako spójną całość i ujmują mnie tytułami nawiązującymi do świata gier komputerowych. Dobrze też podsumowują cały materiał, obejmując zarówno bujające walcowanie riffem, zgrabne melodie, jak i ogrom emocji w sferze wokalnej.
Nie wiem, czy spodziewałem się aż tak poruszającej muzyki od Pure Bedlam. Chyba nie, bo jednak czułem się zaskoczony po kilku pierwszych przesłuchaniach. Niełatwo jest określić target zespołu, bo zwolenników innych projektów Wojtka, którzy raczej są „twardzielami”, mogą odrzucić emocjonalna głębia i mocno introspektywne teksty, które swoją drogą stanowią jeden z mocniejszych punktów „Jubilance”, dlatego tak często o nich wspominałem. Niemniej, fani uczuciowego ciężaru w szczerym wydaniu będą zachwyceni, bo to do nich skierowany jest ten album.
Views: 11

