VooDoo Club to takie miejsce, w którym po prostu lubię się od czasu do czasu pojawić, z uwagi na niepowtarzalny klimat. Ostatnio, nadarzyła się idealna okazja, w postaci koncertu, który doskonale pasował do tych surowych wnętrz.
Wieczór rozpoczął występ pochodzącego z Józefowa DEAD TAHITI. Grupa ma skromny dorobek i chyba niezbyt długą historię, choć muzycy są już nieco dojrzali. Wynikającą zapewne z tego sprawność było słychać w brzmieniu zespołu, zwłaszcza w zakresie nienagannej sekcji rytmicznej, co w post-punku jest absolutnie kluczowe, poza wokalem rzecz jasna. Umówmy się, że w tym gatunku, gitara i klawisze, to niezbędne, ale jednak dodatki, choć zapewniają nadające odpowiedni klimat aranżacje. W przypadku Dead Tahiti wszystko znajduje się na swoim miejscu, choć nie wykracza szczególnie poza ramy obranej stylistyki. Ciekawy jest też niski głos grającej na klawiszach wokalistki, choć brak możliwości zrozumienia tekstów trochę osłabiał wczuwanie się w muzykę.
Mam wrażenie, że kolejny zespół przyciągnął tyle samo fanów, co główna gwiazda, a generalnie frekwencja w VooDoo była tego wieczoru bardziej niż zadowalająca, bo było wręcz ciasno. DATÛRA zyskuje coraz większą popularność, zwłaszcza od momentu ukazania się na rynku debiutanckiej, pełnej płyty „Obsidian”, ale głównie poprzez ciężką i mozolną pracę u podstaw poprzez koncerty w najróżniejszych miejscach. Trudno powiedzieć, na ile dużym wyróżnieniem był dla Warszawiaków występ obok Cold In Berlin, ale bycie niemal równorzędną gwiazdą pod względem frekwencji i zainteresowania na pewno już tak. Zespół robi naprawdę duże wrażenie na scenie, zdecydowanie ożywiając utwory znane z wersji studyjnych. Jednym z ich największych atutów jest bez wątpienia wokalistka, Michalina Rutkowska, która przyciąga charyzmą i hipnotyzuje umiejętnościami, zwłaszcza gdy „ryczy”, co dość zabawnie kontrastuje z jej raczej delikatnym wyglądem. Niemniej, odnoszę wrażenie, że w twórczości grupy jest czasem za dużo kontemplacji, a za mało konkretu.
Nie miałem pojęcia, czego spodziewać się po tym występie. COLD IN BERLIN znam względnie od niedawna, głównie za sprawą ostatniej płyty „Wounds” (nasza recenzja tutaj), która ukazała się pod koniec zeszłego roku. Liczyłem przede wszystkim na klimat i moc. Otrzymałem zdecydowanie więcej. Nie ukrywam, że głównie za sprawą stojącej przy mikrofonie, zjawiskowej wokalistki. To, co wyprawia Maya Berlin, trudno jest ująć słowami. Fakt, że dużo w tym wyuczonej teatralności, ale paradoksalnie Maya jest w tym wszystkim bardzo autentyczna. W tych kocich ruchach i nawiedzonych spojrzeniach, które są naprawdę przerażające, zwłaszcza z bliska. A było sporo ku temu okazji, bo wokalistka kilkukrotnie schodziła do publiczności, nie przerywając nawet na moment śpiewu, całkowicie pochłonięta muzyką i występem. Przypominała trochę dominę, która sama wymaga i dyktuje warunki, a zgromadzona tego wieczoru w VooDoo publiczność była jedynie jej mniej lub bardziej przypadkowym kochankiem. Oczywiście, nie chciałbym w żadnym razie umniejszać tu roli pozostałych członków zespołu, ale jak to mówią, królowa może być tylko jedna.
To był znakomity koncert w VooDoo. Szczerze mówiąc, szedłem tam bez większych oczekiwań, a na pewno nie spodziewając się tego wszystkiego, co mnie czeka. Dlatego dawajcie jak największą szansę małym koncertom. Tym bardziej, że Cold In Berlin niedługo może być już ciężko na takich zastać.
Views: 11

