To był jeden z tych koncertów, na których warto było być z przyczyn kronikarskich. Był to pierwszy występ duetu Smith / Kotzen w Polsce i w przypadku takich projektów, nigdy nie wiadomo, czy i kiedy pojawią się ponownie. Fajnie, że padło na pobliską mi Progresję.
Wieczór rozpoczął się od występu zespołu supportującego. Po małych perturbacjach w ostatniej chwili, ostatecznie zaszczyt ten przypadł młodej, stołecznej formacji TABULA RASA. Grupa zaprezentowała się dosłownie bombowo, bardzo pewni siebie, zwłaszcza wokalista, który zachowywał się jakby grał dla stu tysięcy, a nie około półtora tysiąca osób. Swego czasu, często powtarzałem, że skromność jest dla frajerów, więc takie zachowanie nawet mi w pewnym sensie imponuje, tym bardziej, że jest ono poparte naprawdę konkretnymi umiejętnościami. Zespół bardzo dobrze odnalazł się na scenie Progresji i zagrał energetyczny set w klimacie dość siarczystego hard rocka z elementami bluesa, ubarwionego brzmieniem klawiszy. Nagłośnienie może nie było najlepsze, ale zwłaszcza lider bardzo nadrabiał charyzmą i dobrym kontaktem z publicznością.
Punktualnie, przyszła pora na główną gwiazdę, a właściwie gwiazdy wieczoru. Można powiedzieć, że panowie SMITH / KOTZEN wystąpili w konwencji power trio z podwójną gitarą i na dwa głosy, bo towarzyszyła im wyłącznie sekcja rytmiczna, bardzo dobra zresztą, szczególnie basistka. Pochodząca z Brazylii, Julia Lage, przyciągała wzrok nie tylko nieco egzotyczną urodą, ale też ogólną prezencją i rasowym ruchem scenicznym. Do tego, po prostu świetnie grała, miękko i plastycznie. Z kolei, na perkusji grał ze słynnym duetem, również pochodzący z Brazylii, znany z Angry, Bruno Valverde. I w tym oto składzie grupa radośnie wykonywała kolejne utwory ze wszystkich albumów duetu (włącznie z EP-ką), z minimalną przewagą zeszłorocznego „Black Light / White Noise”, którego to tytułu Adrian Smith nie umiał poprawnie wymówić, co było szczerze zabawne. Nie zabrakło oczywiście „Black Light” i „White Noise”, ale też między innymi przejmujących „Darkside” i „Scars”, hitowych „Outlaw”, „Taking My Chances” i „Running”, majestatycznego „Glory Road” czy iście wybuchowego „Solar Fire”. Co jakiś czas, panowie intonowali jakiś utwór Iron Maiden, by wreszcie na bis zagrać niezłą wersję „Wasted Years”, poprzedzoną „You Can’t Save Me” z solowego repertuaru Richiego Kotzena. Szkoda, że muzycy nie zdecydowali się na jakiś mniej oczywisty cover, np. bluesowej lub hard rockowej klasyki, bo jednak trochę poszli na łatwiznę. Do tego, prezentacja na żywo jednak obnażyła, że kolejność nazwisk wzięła się raczej z większej popularności starszego kolegi (albo z wieku właśnie), a nie renomy wynikającej z talentu czy umiejętności. Wiem, że to nie był konkurs w Opolu, ale natury niestety nie da się oszukać, Richie Kotzen ma zwyczajnie dużo ciekawszą barwę i większą moc w głosie oraz wykonuje bardziej złożone, ekwilibrystyczne i precyzyjne solówki. Niemniej, cały wieczór był prawdziwą ucztą w zakresie kunsztu gitarowego, a zespół emanował doskonałą, rock’n’rollową energią.
Tak jak wspomniałem na początku, na tym koncercie po prostu nie wypadało nie być, dlatego bardzo cieszę się, że miałem tę okazję. Zdaje się, że nie tylko ja wyszedłem z takiego założenia, bo frekwencja była naprawdę imponująca, a reakcje publiczności co najmniej bardzo żywiołowe. Co nie zmienia faktu, że z równie dużą chęcią wybrałbym się na solowy występ Richiego Kotzena.
Views: 24

