Lan/cet – „Psilocybe Semilanceata”
(27.09.2024, Via Nocturna)
- Psilocybe Semilanceata 05:11
- Radiant Loner 03:14
- Pubic Symphysis 04:23
- Mr Propan Butan 03:56
- Ignoramus Et Ignorabimus 01:49
- Jonestone 03:37
- Bufotes Viridis 01:18
- Kilmister 05:03
- Stoned Ride (Stay Out Of My Mind) 04:57
- Atomic Surprise 03:46
- Mental Fight 05:10
- Grim Boy 03:04
- Birth 06:06
- Bad Mood (Wałbrzyska) 01:45
- Doom Day 04:21
- Ready To Die (Maybe) 02:49
- Recollection (Need To Soar) 07:23
Recenzji stonerowo-psychodelicznych ciąg dalszy. Tym razem, przyszła pora na pochodzący z Parczewa zespół Lan/cet, który w zeszłym roku powrócił z pierwszą od dziesięciu lat, drugą płytą studyjną, zatytułowaną łatwo „Psilocybe Semilanceata”. Uważam, że okładka albumu idealnie oddaje jego zawartość muzyczną – niby kolorowo, ale jednak dość ponuro, jakieś grzyby, pełno kwasu, portal do innego świata i półprzymknięte oczy. Zdecydowanie, weź pigułkę.
Album otwiera utwór tytułowy, w którym, po dzwonach, niczym wzywających na mszę, wkracza świetny, quasi-bluesowy motyw, narastający potem do właściwie psychodelicznego doomu. Przypominam, że to wszystko dzieje się w ramach jednego kawałka. W zadedykowanemu Burke Shelley’owi z Budgie „Radiant Loner” jest więcej gruzu, dominuje niskie strojenie i posępny nastrój, który kończą odgłosy padającego deszczu. Idealnie. „Pubic Symphysis” jest bardziej klasycznie stonerowe, ze znakomitym, organowym zwieńczeniem. „Mr Propan Butan” to znowu ciężary, ale przewija się w nich zwiewna, niby solówka gitarowa, mogąca kojarzyć się z występującym niedawno w Polsce All Them Witches. W „Ignoramus Et Ignorabimus” myślałem, że za chwilę zacznie śpiewać Donovan, tak tu pięknie, zwiewnie, lekko, niczym przechadzka po lesie rano. „Jonestone” szybciutko niszczy tę sielankę. Tu z kolei, zwróciłbym uwagę zwłaszcza na mocno wyeksponowane, głębokie partie basu i piękne klawisze. Miniaturowy „Bufotes Viridis” to snujący się pełzacz, ale nie na pogrzebową modłę. Transowy „Kilmister” (wiadomo komu poświęcony) to chyba wizja po przejściu przez okładkowy portal, nie jest przyjemnie, ale wciąga bez reszty. W „Stoned Ride (Stay Out Of My Mind)” pojawia się wokal, tak dobry i doskonale pasujący do muzyki, że aż szkoda, że panowie nie zdecydowali się wykorzystać go częściej niż tylko w tym jednym utworze. Dalej też dużo się dzieje. Drone’owe „Atomic Surprise” przełamuje, nomen omen, połamana gra perkusji. W „Mental Fight” robi się wyjątkowo niepokojąco, pojawia się damski głos, jakby szukający pomocy, ale akurat w tej gęstwinie może jej nie znaleźć. Tych wsamplowanych wstawek jest potem więcej, zresztą podobnie jak w pełnym dziwnych odgłosów „Bad Mood (Wałbrzyska)”. „Grim Boy” to dominacja space rocka, w lekkiej, choć wywołującej ciarki formie. Donovan próbuje powrócić w „Birth”, ale chyba zalicza wyjątkowo złego tripa, bo po idyllicznym początku, później całość brzmi, jakby chciały zjeść go duchy. Tytuł „Doom Day” zobowiązuje, jest apokaliptycznie i doomowo, a klimat jest wręcz chory, choć w pewnym momencie nieco łagodzi go całkiem przyjemna melodia, a na końcu pojawia się coś na kształt kołysanki, ale takiej z horroru. „Ready To Die (Maybe)”” to chyba jedyny utwór na płycie, gdzie mocno wyróżnia się i wychodzi do przodu trąbka, rzadko spotykana w tym gatunku, tu też częściej schowana, tworząc jednolity amalgamat z podstawowym instrumentarium. „Recollection (Need To Soar)” brzmi jak pożegnanie, z kimś lub miejscem, długie, trudne, pełne niespodzianek i zwrotów akcji, ale nawet na końcu tego tunelu znajdzie się odrobina światła.
Zdaję sobie sprawę, że ta recenzja nie jest do końca normalna, ale uwierzcie mi, że jedno przesłuchanie „Psilocybe Semilanceata” w zupełności wystarczy wam, byście zrozumieli, że tylko dostosowałem swój styl do płynącej z albumu muzyki. Zaskakująco zróżnicowanej, z ciekawym, oryginalnym brzmieniem. Twórczość Lan/cet jest skierowana zdecydowanie do zagorzałych fanów tej najbardziej psychodelicznej i odjechanej odmiany stonera, ale brzmi tak dobrze, że może przypaść do gustu nie tylko im.
Views: 28
