Paradise Lost + Saturnus, Shores of Null, Progresja, Warszawa, 28.02.2026 – Relacja

Dziwna ta koncertowa jesień z roztopami za oknem. A przepraszam, mamy marzec (gdy to piszę). Sezon wczesnowiosenny mocno obrodził w wydarzenia muzyczne, więc trzeba korzystać. Kolejna wizyta Paradise Lost w Polsce jest idealną do tego okazją. Status zespołu w naszym kraju nie słabnie, mimo że Brytyjczycy odwiedzają nas regularnie, dalej wyprzedają spore sale, takie jak ta w warszawskiej Progresji, w której miałem przyjemność ich podziwiać.

Pionierzy brytyjskiej odmiany gotyckiego doom metalu wybrali się na tegoroczną trasę w zacnym towarzystwie. Włoski SHORES OF NULL nie jest może wybitnie popularny (choć może jeszcze mało wiem o życiu), ale godnie reprezentował swój kraj, który z metalu niekoniecznie słynie. Okazuje się, że nawet w słonecznej Italii można tworzyć muzykę mroczną i ponurą, choć chwytliwą i dość melodyjną. Panowie zaprezentowali się bardzo sprawnie i całkiem nieźle zabrzmieli, a swoją melancholijną mieszankę doom i death metalu wykonali w zaskakująco emocjonalny sposób (ach, ta gorąca krew). Wokalista nie omieszkał wspomnieć, że członkowie jego kapeli są fanami pozostałych zespołów występujących tego wieczoru w Progresji i zdecydowanie było to słychać.

Idąc na ten koncert zastanawiałem się, czy dla niektórych SATURNUS nie będzie legendą porównywalną do głównej gwiazdy. Nie mają wprawdzie na swoim koncie aż tak bogatego dorobku, jak ich angielscy koledzy, ale ich pierwsze demówki ukazały się w okolicach połowy lat 90-tych. Trzy lata temu Duńczycy powrócili z pierwszą od ponad dekady płytą studyjną „The Storm Within” i od tamtej pory, dalej utrzymują wysoką formę. Czas może i odcisnął na nich swoje piętno, ale nie było tego w ogóle słychać w wykonywanej przez nich muzyce. Saturnus zagrał wręcz szokująco czysto i klarownie, z dużą energią i zaangażowaniem. Widać też było, że granie sprawia im po prostu czystą przyjemność. Robią to, bo chcą, a nie, bo muszą. Grupa bardzo udanie przywołała klimat metalu lat 90-tych, a wokalista Thomas Akim Grønbæk Jensen zachwycił ponadnormatywną znajomością języka polskiego, choć wciąż ograniczała się ona do pojedynczych zwrotów.

Muzycy PARADISE LOST wkroczyli na scenę, jak na gwiazdy przystało, przy wtórze okrzyków, wywołując duże poruszenie emocjonalne wśród zgromadzonej tego wieczoru w Progresji publiczności. Chyba aż zbyt duże, bo już przy bodajże drugim lub trzecim utworze doszło do wypadku w pogo pod sceną, co zakończyło się interwencją służb medycznych. Brawo dla ludzi, którzy natychmiast zareagowali i zespołu, który dość szybko przerwał koncert. Takie rzeczy się zdarzają, ale reakcja podręcznikowa (podobnie jak zachowanie ochrony, która ganiała ludzi próbujących nagrywać całe zdarzenie). Wracając do występu, zespół zagrał potężnie i stworzył wyjątkową atmosferę, ale muzycy zachowywali się na scenie raczej statycznie. Trochę przeszkadzało nagłośnienie, bo np. w solówki gitarowe Grega Mackintosha trzeba się było dobrze wsłuchiwać, żeby w ogóle je usłyszeć. Trochę do życzenia pozostawiała też kondycja wokalna Nicka Holmesa, któremu choćby w „Once Solemn” głos mocno uciekał, a w „Tyrants Serenade” i „Say Just Words” wokalista wspierał się nakładkami z playbacku. Broniła się za to setlista, która była niespotykanie przekrojowa, uwzględniała aż 12 z 17 studyjnych albumów zespołu. Największą reprezentację miał oczywiście zeszłoroczny, bardzo udany zresztą „Ascension” (usłyszeliśmy najlepsze fragmenty, bo poza wymienionym wcześniej „Tyrants Serenade” również „Salvation”, „Serpent on the Cross” i „Silence Like the Grave” na sam koniec).

Myślę, że w sumie nie było na co aż tak bardzo narzekać. Nie było może idealnie, ale Paradise Lost wypadli mimo wszystko profesjonalnie, z solidnym rzemiosłem, bez zbędnych efektów specjalnych, samo gęste. Do tego, z ciekawymi supportami i zaskakującą setlistą. Do zobaczenia za rok?

Views: 27

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.