Chciałoby się napisać, że małych koncertów ciąg dalszy, ale jak za chwilę się dowiecie (choć w dobie mediów społecznościowych pewnie wiecie to już od dawna), ten koncert wcale taki mały nie był. Niedawno, w stołecznym VooDoo Clubie wystąpiła wschodząca gwiazda irlandzkiego post-punku – SPRINTS.
Zanim to nastąpiło, na scenie zaprezentowali się Warszawiacy z Eli’s Ladder. Trochę się na ten występ spóźniłem (nie pozdrawiam komunikacji miejskiej), ale to, co udało mi się zarejestrować, było mieszanką klimatycznego midwest emo (jakie to wspaniałe, że jeszcze komuś chce się aż tak głęboko grzebać w alternatywie) z bardziej wybuchowym shoegaze’m. Brzmienie było nieco chaotyczne, ale w tym gatunku to niemalże norma stylistyczna.
Prawdziwa eksplozja miała dopiero nastąpić. SPRINTS zaczęli dość nieśmiało, niepozornie, wokalistka Karla Chubb miała jeszcze przez pewien czas okulary na nosie. Jednak, szybko okazało się, w co się tu będzie tak naprawdę grać. Początkowo, stałem dość blisko sceny, nic nie powinno się było wydarzyć, ale co najmniej od „Beg” był już taki młyn, że musiałem się wycofać, by przypadkiem nie stracić życia. Wspomnę tylko, że koncert zorganizowano w tej większej sali VooDoo Clubu, bardziej przestronnej, pozbawionej kolumn. Frekwencja była bardzo imponująca, sala była nabita niemal do cna, czego, szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, a reakcje publiczności niezwykle żywiołowe (duży przekrój, a mylnie obstawiałem, że pojawi się raczej żeńska młodzież). Zespół zaprezentował się bardzo żywiołowo i dynamicznie, prym wiodła oczywiście liderka, która rozkręcała się niczym huragan. Karla schodziła do publiczności, dała buziaka jakiejś (zakładam, że przypadkowej) dziewczynie, skłoniła ludzi do kucnięcia, a nawet szalała z fanami w pogo i dała się nosić po całej sali na rękach. Ale było też nieco poważniej, bo pod koniec występu wokalistka wygłosiła mocno nacechowaną politycznie przemowę. Przyznaję, że dawno nie widziałem aż tak zwariowanego i spontanicznego, ale mimo wszystko, wciąż bardzo profesjonalnego występu (od zeszłego roku, zespół zajmuje się muzyką już zawodowo). Duża w tym zasługa pozostałych członków SPRINTS, którzy niezmordowanie grali w tym chaosie kolejne kawałki. A było co, bo grupa wykonała łącznie 16 kompozycji, głównie z obu pełnometrażowych albumów studyjnych. Muzycy promują w tej chwili zeszłoroczny krążek „All That Is Over”, z którego niestety zabrakło mojego ulubionego „Better”, ale nadrobiły to między innymi wspomniany już „Beg”, „Descartes”, „Coming Alive”, „Need” czy „Something’s Gonna Happen”. Z debiutanckiego „Letter To Self” pojawiły się z kolei choćby „Cathedral”, „Heavy” i „Literary Mind”.
To był absolutnie szalony, ale wspaniały, nieprzewidywalny wieczór, zdecydowanie powyżej oczekiwań. Jeśli tylko będziecie mieć okazję zobaczyć SPRINTS w takich jak ja, bardziej kameralnych warunkach, to koniecznie skorzystajcie z niej, bo niedługo ten zespół być może będzie można zobaczyć wyłącznie na dużych scenach festiwalowych.
Views: 21

