Nie każdy musi się z tym zgadzać lub odczuwać w podobny sposób, ale to było jedno z najgorętszych wydarzeń progresywnych w naszym kraju w tym roku. Oczywiście, to nie Cannes, nie było czerwonych dywanów, szampan nie lał się strumieniami, a influencerzy nie robili sobie selfie i nie nagrywali rolek (choć głowy za to nie dam sobie uciąć). Jednak, powrót Karnivool do grania po wielu latach, nowa, bardzo udana płyta w tym roku i pierwszy od dwunastu lat koncert w Polsce muszą robić wrażenie na każdym fanie progresywnej sztuki. Nie kryłem radości, gdy występ przeniesiono z Proximy do Progresji.
Zresztą, w mokotowskim klubie zwyczajnie nie zmieściłoby się tyle osób, ile przybyło na Wolę, a szybki sold out raczej nikogo by nie usatysfakcjonował. Już na będący tego wieczoru supportem Intervals przyszło naprawdę dużo ludzi, a potem cały czas atmosfera tylko zagęszczała się, dosłownie i w przenośni. Kanadyjczycy siali zniszczenie od początku do końca swojego występu, ale robili to z godną podziwu techniką i elegancją. Odpowiedzialny za cały projekt, Aaron Marshall, komponuje bardzo nowoczesną mieszankę matematycznego prog metalu z fusion, w którym jest miejsce, zarówno na solówki gitarowe, mocno połamane rytmy, jak i djentowe doły. A ekipę do tego ma Aaron iście zawodową. Moim faworytem został perkusista z lekko nieobecnym wzrokiem, morderczą precyzją i potężnym uderzeniem. Całość została też bardzo solidnie, przede wszystkim, super selektywnie, nagłośniona. Nie spodziewałem się aż tak powalającego otwarcia.
Karnivool wyszedł na scenę jak na gwiazdy przystało, wśród ogólnych wiwatów i okrzyków radości i szybko rozpoczął show, bez zbędnego gwiazdorzenia. Zresztą, miałem wrażenie, że muzycy są niezwykle skromni, nieco nawet jakby zawstydzeni aż tak żywiołowymi reakcjami publiczności, jakby mimo wszystko, nie do końca spodziewali się tego (lider grupy nie krył poruszenia z tego powodu). No cóż, może nie wiedzieli, że w Polsce kocha się Tool i wszystkie kapele, które kiedykolwiek się nim inspirowały. A tak poważnie, Australijczycy wyruszyli w tegoroczną trasę z naprawdę mocnym, nowym materiałem, który wykonują prawie w całości. Z „In Verses” do kompletu brakowało tylko trzech utworów – „Conversations”, „Reanimation” i „Remote Self Control”. Do tego, najlepsze fragmenty „Sound Awake” („Deadman”, „Goliath”, „New Day”, „Simple Boy”) i „Themata” (kawałek tytułowy oraz obowiązkowy „Roquefort”) oraz „We Are” z „Asymmetry”. Zasadniczo, setlista – marzenie każdego fana Karnivool. Największe wrażenie zrobiły na mnie utwory z „Themata” oraz zagrane już na bis kompozycje kończące „In Verses” – „Opal” i „Salva” (wywołujące naprawdę duże wzruszenie). Zespół był w bardzo dobrej kondycji, trochę statyczny i skupiony, ale zdecydowanie nadrabiał w tej kwestii wręcz nadpobudliwy, ale charyzmatyczny wokalista Ian Kenny – cały czas podskakiwał i zachęcał publiczność do wspólnej zabawy. Zresztą, nie musiał tego specjalnie robić, bo fani chętnie śpiewali z nim obszerne fragmenty rożnych kompozycji, zwłaszcza w „New Day”, gdzie wokalista prawie nie był potrzebny. Jedyne, do czego można było się przyczepić, to nagłośnienie, które nie było idealne, a kuluarowe rozmowy po koncercie przypominały omawianie występów na Stadionie Narodowym, gdzie ludzie żartobliwie porównują, kto czego gdzie nie usłyszał. Tam, gdzie stałem, było całkiem nieźle, lekkie zamulenie nie przeszkadzało mi zanadto w przeżywaniu muzyki.
I zdaje się, że o tym ostatnim właśnie był ten wieczór. Bez względu na opinię dotyczącą akustyki, miało się poczucie brania udziału w wyjątkowym wydarzeniu. Karnivool powrócił w wielkim stylu, zwłaszcza pod kątem jakości materiału studyjnego, i pozostaje tylko mieć nadzieję, że nie skończy się na krótkim zrywie, lecz powrocie do regularnej kariery.
Views: 45




