Galahad + Millenium, Terminal Kultury Gocław, Warszawa, 27.02.2026 – Relacja

Odnoszę dość smutne wrażenie, że klasyczna muzyka progresywna powoli zaczyna odchodzić nieco do lamusa. Młodsi wolą cięższe lub bardziej nowoczesne brzmienia, starsi nie zawsze nadążają lub nie mają już siły i to jest zrozumiałe. Takie wieczory jak ten niedawny w Terminalu Kultury Gocław zdecydowanie przywracają nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone i stara gwardia daje radę (mam szczerą nadzieję, że nikt nie obrazi się za te słowa, bo nie taki był cel mojej wypowiedzi).

Bardzo cieszy mnie ostatnio wzmożona aktywność koncertowa MILLENIUM. Ekipa Ryszarda Kramarskiego zdaje się przeżywać drugą młodość, być może częściowo za sprawą wokalisty, Dawida Lewandowskiego, który jest młodszy od najstarszych utworów zespołu, czego lider grupy nie omieszkał kolejny raz podkreślić. Zgodnie z zapowiedziami Ryszarda, setlista została lekko zmodyfikowana, ale i tak pełna była znanych szlagierów, które Krakowiacy mogli zaprezentować pierwszy raz przed warszawską publicznością. To niesamowite, że mimo tak długiej kariery, zespół dopiero teraz dotarł do stolicy. Z drugiej strony, kiedy, jak nie w takiej formie, jak obecnie. Millenium zaprezentowało się bardzo elegancko, energetycznie, na luzie, ale profesjonalnie. Jeśli ktoś widział ich pierwszy raz, to miał nie lada ucztę, choć sam z przyjemnością kolejny raz wysłuchałem żelaznych przebojów, takich jak „Light Your Cigar”, „Envy”, „Madman” czy „Name On The Sand”, ale też najnowszych „World Full Of Spies”, „Comedy Of Love”, „Hope Dies Last”, „Sounds Of War” i „Past The Veil Of Clouds” oraz najstarszych „Reincarnations”, „Drunken Angels” czy „Demon”.

GALAHAD to dla polskiej publiczności zespół-instytucja, jeden z najpopularniejszych u nas klasyków brytyjskiego rocka progresywnego (obok tuzów typu Marillion, Arena, Pendragon czy IQ, rzecz jasna). Świętują oficjalnie 40-stą rocznicę swojej działalności, choć zdaje się, że grupa istnieje nawet szczyptę dłużej. To, co wyróżnia ich spośród podobnych kapel, to przede wszystkim poczucie humoru i dystans do siebie, które trochę rozładowują dość poważną atmosferę budowaną przez ich majestatyczną muzykę. Oczywiście, grają bardzo sprawnie i profesjonalnie, ale te wszystkie miny i gesty zabawnego wokalisty Stu Nicholsona (czy komentarze w stylu „Skoro zespół ma 40 lat, to nie chcę wiedzieć, ile ja mam.”) oraz ruch sceniczny przerażającego na niby basisty Marka Spencera sugerują, że grupa chętnie puszcza oko do swoich słuchaczy. Czego można było się spodziewać, setlista była mocno przekrojowa, choć raczej bez większych zaskoczeń. Zespół między innymi wrócił do swoich początków w „Room 801”, „Ghost of Durtal” czy „Sleepers”, zaprezentował jedne z najbardziej znanych utworów ze środkowego okresu, takie jak „Guardian Angel”, „Empires Never Last” i „This Life Could Be My Last”, ale finiszował najnowszym, przepięknym „The Long Goodbye” (choć wcześniej pojawił się także tytułowy „The Last Great Adventurer”). Na bis otrzymaliśmy jeszcze „Seize The Day”, podczas którego na scenie pojawiły się polskie flagi w rękach muzyków. Ładny i nieprzypadkowy akcent. Zespół wie, że jest u nas lubiany.

Ależ to był wspaniały wieczór. Można śmiać się z muzyki progresywnej (zwłaszcza w wydaniu „neo-”) lub jej nie rozumieć, ale nie da się jej odmówić niezaprzeczalnego uroku i odmładzającej samych muzyków energii. Każdy fan tego rodzaju dźwięków potrzebuje takiej dawki przypominającej od czasu do czasu.

Views: 30

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.