Po raz czwarty miał miejsce festiwal Blood & Bone, w warszawskim VooDoo Clubie. W odbywającej się cyklicznie wczesną wiosną, klubowej imprezie metalowej, może nie byłoby niczego wyjątkowego, gdyby nie okoliczności i intencja. Organizatorzy festiwalu zbierają pieniądze na Fundację Rakiety, która wspiera osoby chorujące na raka kości. Na szczytny cel idą pieniądze z biletów oraz aukcji charytatywnej. Bycie w tym roku patronem medialnym takiego przedsięwzięcia było zwyczajnym zaszczytem.
Całość z hukiem otworzył występ Vokkr. Zespół wykonuje melancholijną i emocjonalną odmianę black metalu, z naprawdę dużym uczuciem, choć nie śpiewa o osobistych rozterkach, lecz porusza się w klimatach mrocznego fantasy, ale takiego, gdzie za rogiem czai się śmierć, a nie smok. Na festiwalu panowie zaprezentowali się dość brutalnie, ostrzej niż w nagraniach studyjnych, z dobrym brzmieniem i odpowiednio nawiedzonym wokalistą. Jak to było u Hitchcocka?
Ravna bardzo mnie zaskoczyła. Spodziewałem się spokojniejszego i bardziej statycznego występu, tymczasem zespół poszedł na całego, zarówno pod względem brzmienia, jak i otoczki, bo ich koncert przypominał swego rodzaju metalowe słuchowisko, z historiami opowiadanymi pomiędzy poszczególnymi utworami. Muzycy siali zniszczenie, ale nie zabrakło w tym wszystkim folkowej duszy.
Nie zamierzam dyskutować z kolejnością zespołów pierwszego dnia, ale to Datûra zrobiła zdecydowanie największe wrażenie, chyba nie tylko na mnie. Grupa odpaliła kadzidła i rozpoczęła transowy, plemienny, wciągający spektakl, który całkowicie otumaniał (co było w tych kadzidłach?). Miesiąc wcześniej nieco skrytykowałem dynamikę zespołu (podczas występu przed Cold In Berlin), ale teraz musiałem wszystko odszczekać! Coraz większe obycie sceniczne daje profity. Nawet wyjątkowy brak basu nie przeszkadzał!
Pierwszy dzień zakończył się huraganowym strzałem Degradacji Materiału! Trzeba mieć tupet, żeby połączyć stoner, doom i sludge z rock’n’rollem z taką gracją! Muzycy wyglądali na lekko oszalałych albo wyrwanych z jakiegoś wybitnie koszmarnego snu, ale grali wspaniale! Potworny ciężar, szokująca chwytliwość, precyzja i kosmiczne odloty. Mózg wypływał mi nawet mimo zatyczek w uszach i w ogóle mi to nie przeszkadzało. Do tego cover „Cocaine” zaśpiewany po polsku, z cytatem z „Mendy” Apteki!
Ledwo otrząsnąłem się po wydarzeniach dnia poprzedniego (i mówię tylko o muzyce!), a tu już trzeba było szykować się na kolejne przeżycia. Etherios rozpoczął drugi dzień festiwalu z hukiem, potężnym post-metalem z lekko djentowym posmakiem i licznymi, niemal hardcore’owymi wtrętami. Wokalista zespołu często schodził do publiczności i śpiewał z poziomu podłogi, co wzmacniało więź z ludźmi i skracało dystans.
Bardziej zdystansowany był kolejny koncert, ale to zupełnie inna bajka. Traces To Nowhere trochę wyróżniali się na tle pozostałych zespołów, grając najlżej, nieco progresywnie, przede wszystkim tajemniczo i budując niezwykłą, dość mroczną atmosferę. Pośród innych kapel wydawali się nieco statyczni, choć w ich muzyce nie brakuje ciężaru, a artyści nie stali cały czas w jednym miejscu na scenie. To był też jedyny występ, któremu towarzyszyły wizualizacje, co tylko wzmagało wyjątkowy klimat.
Co można zrobić, żeby trochę urozmaicić strasznie już wyeksploatowany, instrumentalny stoner/doom metal? Można np. gotować żur w trakcie występu! Jest to oczywiście żart, ale nawiązując do tytułu swojej płyty, Weedcraft przygotował specjalną oprawę – podświetlone kotły, z których buchały tumany dymu, a wszystko skąpane w soczystej zieleni. Aż dziw, że to nie był 20-ty kwietnia. Zespół zaprezentował się bardzo ciężko, ale precyzyjnie (czy dobrze wydawało mi się, że w składzie jest część Degradacji Materiału?), do tego wykonał dwa nowe utwory z wokalem, bardzo ciekawy kierunek!
Czwartą edycję festiwalu Blood & Bone zamknął Red Scalp z elektryzującym, porywającym występem, godnym głównej gwiazdy całego wydarzenia, choć nie sądzę, by zespół patrzył na siebie w taki sposób. Mimo drobnych problemów technicznych (za które nas jeszcze przeprosili, nie wiem, po co), grupa zagrała fenomenalny koncert, pokazując ogromną klasę. Oni naprawdę zasługują na większy rozgłos. Nie każdy gra stoner na własnych zasadach, z wykorzystaniem licznych, chyba niekoniecznie młodych instrumentów (może stąd te problemy), zachowując przy tym własny styl, co w tym gatunku jest szalenie trudne. A człowiekowi grającemu tam na saksofonie, klawiszach, bębnach i własnych strunach głosowych postawię kiedyś piwo.
I tak kolejna edycja Blood & Bone dobiegła końca. Byłem dopiero pierwszy raz i mocno biję się w pierś, że tyle czasu zajęło mi pojawienie się na tej imprezie. Pomijając kwestie charytatywne, choć właściwie kluczowe, jest to doskonała okazja, by po prostu poznać nową muzykę. Powiem tylko, że pięć z ośmiu występujących zespołów widziałem pierwszy raz, wyszedłem z naręczem płyt i na pewno chciałbym pojawić się tu również za rok.
Views: 46

