Halucynacje – „The Day When Everything And Nothing Happened” – Recenzja

Halucynacje„The Day When Everything And Nothing Happened”

(24.04.2026, OSKAR Records)

  1. Guilty Pleasure 06:19
  2. The Music Of Erich Zann 07:34
  3. Keyhole 07:56
  4. Vive Para Te Morder 09:58
  5. Cinnamon Shops I 06:01
  6. Wieczór Dziwnych Dźwięków 03:58
  7. Love Will Always Smell Daffodils 03:16
  8. Cinnamon Shops II 07:12
  9. No One Cares 03:42

Wrocławskie Halucynacje uważam za jeden z tych genialnych, ale strasznie cichych zespołów. Rzadko wydają płyty, na nowy materiał musieliśmy czekać aż sześć lat, ale grupa chyba wreszcie osiągnęła pożądany przez siebie poziom. Niedawno ukazał się album „The Day When Everything And Nothing Happened”.

Zacznę od nietuzinkowej oprawy graficznej skromnego, ale złotego digipacka. Na okładce wykorzystano obraz Pietera Bruegla „Dwie małpy”, na którym widnieją dwa biedne stworzenia przykute łańcuchami do muru, za którym widać Antwerpię. Ponoć była to alegoria prywatnych problemów malarza bądź dwóch prowincji znajdujących się wówczas pod jarzmem Hiszpanii. W przypadku Halucynacji zaś, jest to powrót do pięknych, malarskich okładek. W środku też znajdziemy nie lada gratkę dla artystycznych nerdów – to ilustracja Gustave’a Doré’a przedstawiająca „Lot Szatana przez chaos”, stworzona do poematu „Raj utracony” Johna Miltona. Nawiązań literackich jest zdecydowanie więcej w tytułach utworów – pojawiają się „Sklepy Cynamonowe” Bruno Schulza czy sam H.P. Lovecraft.

Obecnie, Halucynacje tworzy niezmordowany duet: Kuba Mendelak i Krzysiek Cybulski, do których jakiś czas temu dołączył multiinstrumentalista Szymon Jaworski (saksofony, klarnet basowy, pianino, flet). Gościnnie na „The Day When Everything And Nothing Happened” udzielają się także perkusista Marceli Foltan, wokalista Mike Ohio (w trzech utworach) i skrzypek Viktor Kuznetsov. Łatwo domyśleć się, że w poszczególnych kompozycjach dzieje się naprawdę dużo. Zaraz przeczytacie, że właściwie cały album oparty jest na wszelkiej maści kontrastach. Pomiędzy jazzem, rockiem, psychodelią i awangardą, utworami wokalnymi i instrumentalnymi, łagodnością i ostrością, harmonią i neurotycznym rozedrganiem. Przeżyjmy tę podróż razem.

„Guilty Pleasure” to mocny, rockowy kawałek, z bluesowym sznytem i partiami wszechobecnego na albumie saksofonu. Dość prosty utwór, jak na ten zespół, ale niejedna kapela może im pozazdrościć takich „banałów”. Na szczęście, „The Music Of Erich Zann” powraca do charakterystycznej dla tej grupy nienormalności. Trzeba mieć nierówno pod sufitem, żeby stworzyć ścieżkę dźwiękową do tytułowego dzieła H.P. Lovecrafta, ale z drugiej strony, potrzeba też choćby dotyku geniuszu, by zrobić to tak przekonująco i pomysłowo. Oczywiście, z wysuniętą na front partią skrzypiec, bo jakże inaczej. Oniryczna, folkowa ballada w „Keyhole” stanowi tylko usłaną różami wstępną drogę do raju gitarowych wymiataczy i jazz rockowego szaleństwa, jakim jest ten utwór. W końcówce pojawia się nawet dość dramatycznie brzmiący, przejmujący wokal i znakomite kontry saksofonu. Z kolei, „Vive Para Te Morder” zaczyna się ewidentnie w Hiszpanii lub Meksyku, od psychodelicznego flamenco skąpanego w oparach absurdu. Kręte ścieżki prowadzą aż do Stanów (więc może to jednak był Meksyk…), do ciasnego, przytulnego klubu, w którym gra się tyle samo bluesa, co country, a dym jest tak gęsty, że whisky zamawia się uderzając kelnera w nieprzytomną twarz. Imprezę kończymy nad ranem, przy dźwiękach fletu oczywiście. „Cinnamon Shops I” jest kontynuacją ciepłej melancholii, ale w połamanej wersji, gdzie motywy zmieniają się niczym układ ulic w tytułowej powieści, a przewodnikiem jest gitara, która na zmianę rzęzi i świdruje. Przewrotny tytuł „Wieczoru Dziwnych Dźwięków” jest jednak mocno mylący, bo spodziewałem się chorej psychodelii, a otrzymałem bardzo zgrabny motyw przewodni gitary elektrycznej, który stopniowo rozwija się w tej krótkiej, ale soczyście intensywnej kompozycji. Równie krótkie jest największe zaskoczenie na albumie, czyli ładna, wręcz urokliwa, romantyczna ballada „Love Will Always Smell Daffodils”. Można się zakochać jeszcze bardziej niż zwykle. Po oddechu nieprzyzwoicie czystego powietrza, w dodatku pachnącego żonkilami, powracamy do „Sklepów Cynamonowych”, gdzie aromaty są już zgoła odmienne. Początkowo, wydaje się, że będziemy krążyć po rozbrzmiewających jazzem kawiarniach i coś w tym jest, ale szybko okazuje się, że będzie to jazz-rock w wersji wyjątkowo gęstej i trudnej, czyli najlepszej. Album zamyka „No One Cares”, w którym przebijają się echa klezmerskiego gawędziarstwa (wokalnie udzielają się sami liderzy), niczym stary, zmęczony człowiek, który opowiada o dawnej chwale, jak to walczył z legionami, ratował dzieci i powodował omdlenie kobiet. Ale cóż, przecież nikogo to nie obchodzi.

Niezwykły album. Eklektyczny niemal na poziomie schizofrenii, rozbudowany do granic możliwości (choć niby „tylko” około 55 minut), ale z jednolitym brzmieniem, które łączy stare z nowym. To nie jest muzyka inspirowana nowinkami z ostatnich pięciu lat, tylko raczej klasyką z ostatnich pięćdziesięciu, ale podana w na tyle nowoczesny sposób, by nie trącić geriatrią. Wkurza mnie tylko skromność muzyków Halucynacji, bo z takimi ambicjami i erudycją powinni być skrajnie bezczelni i rozpychać się na salonach, ale wolą podążać swoją ścieżką, za co należy im się uznanie. Polecam „The Day When Everything And Nothing Happened” do wielokrotnego słuchania.

Views: 1

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.