Za nami już 18-ta odsłona festiwalu Ino Rock. Miałem przyjemność być tam po raz dziewiąty, bo od 2017 roku nie opuściłem żadnej edycji. W tym roku było dość różnorodnie gatunkowo, ale jak zwykle ciekawie i klimatycznie.
Jak zazwyczaj, panował standardowy układ, czyli dwa zespoły polskie i trzy zagraniczne. Tarnowskie Sad Smiles z muzyką progresywną, z którą najbardziej kojarzy się inowrocławska impreza, nie ma absolutnie niczego wspólnego, ale zdolna młodzież znakomicie sobie poradziła. Czasem, jak słucham tekstów młodych polskich artystów, to myślę sobie, że ciężko jest w dzisiejszych czasach być, w tym przypadku, 19-to latkiem. Jednak, ten smutek równoważy melodyjna, dość skoczna i raczej lekka alternatywa na rockowych obrotach. Muzycy, cudacznie ubrani, co rusz wymieniali się instrumentami i wypadli naprawdę charyzmatycznie, a na koniec rozruszali jeszcze publiczność fajną własną wersją „Idziemy przez las” Siekiery.
Ciekawy kontrast stanowił kolejny artysta, który na rodzimej scenie jest obecny od lat 90-tych. Maciej Werk wystąpił ze swoim Hedone w skromnym składzie, ale w muzyce mocno elektronicznej nie ma rzeczy niemożliwych. Raptem trio, w tym niegrająca na niczym wokalistka, ale w ruch poszły nie tylko klawisze i bębny, ale też gitara i bas. Setlista przekrojowa, od dawnych przebojów sprzed lat po najnowszy singiel „Nie Mogę Ci Nic Powiedzieć”, który zapowiada nadchodzącą serię EP-ek. Łódzki zespół wytworzył bardzo intrygujący klimat, ale nie do końca pasował do otwartej przestrzeni w biały dzień. Chętnie powtórzyłbym ten koncert, ale w ciemniejszych i bardziej intymnych warunkach.
Pierwszym zespołem zagranicznym byli moi francuscy faworyci, których miałem ogromną przyjemność widzieć w zeszłym roku w stołecznej Hydrozagadce, gdzie dali magiczny koncert (relacja z tego wieczoru tutaj). Kwoon jest obecnie jednym z moich ulubionych zespołów z kraju Napoleona (obok Alcest czy Gojiry) i w Inowrocławiu kolejny raz pokazali dlaczego tak jest. Bardzo różnorodna setlista, z miejscem zarówno na przestrzenną zadumę, jak i porządny łomot. Duża reprezentacja zeszłorocznej, znakomitej płyty „Odyssey” – przeszywający „Leviathan”, „King Of Sea”, urokliwy „White Angels”, wzruszający „Life” wykonany z udziałem dzieci muzyków (!), „Last Paradise”, poruszający „Jayne” i dryfujący na wietrze „Nestadio”. Do tego, między innymi, znakomicie zaaranżowany motyw z „Interstellar” i miażdżący post rock w „Ayron Norya” na koniec. Nie dziwię się, że dostępne na miejscu egzemplarze „Odyssey” na kompaktach i winylach momentalnie się rozeszły. Dobrze, że nabyłem swoje CD w zeszłym roku.
Występ Weather Systems był dla mnie wydarzeniem nieco podwyższonego ryzyka. Nie chodzi o formę lidera, bo ta od pewnego czasu jest naprawdę dobra, co ogromnie cieszy. Mam tu na myśli, że nie jestem szczególnym fanem wokalistki grupy, czemu dałem wyraz recenzując, jeszcze na innych łamach, warszawski koncert brytyjskiej formacji w zeszłym roku. Przyznaję, że tym razem Soraia zdecydowanie mniej mnie irytowała, bo przede wszystkim, dużo lepiej radziła sobie z materiałem Anathemy, ale jej ruch sceniczny jest dla mnie wciąż zbyt radosny i nadmiernie narzucający się. Pomijając pewne problemy techniczne, to był bardzo udany występ. Klamrę stanowiły najbardziej klasyczne kompozycje macierzystego zespołu Daniela Cavanagh – „Deep” i „Fragile Dreams”. Dalej była mieszanka środkowej Anathemy („Springfield”, „A Simple Mistake”, świetnie pulsujący „Closer”) i jedynej jak na razie płyty Weather Systems „Ocean Without a Shore” („Do Angels Sing Like Rain?”, tytułowy). Kulminację stanowiły zaskakująco dobrze wykonany „A Natural Disaster” i wszystkie części „Untouchable”, które poruszały głęboko i przywołały dawną magię. Nie zmienia to faktu, że nikt nie obraziłby się na powrót wiadomego składu.
Tegoroczną edycję festiwalu Ino Rock zamknął najstarszy i najbardziej doświadczony w tym zestawie Midge Ure. Dawny lider Ultravox obstawił się bardzo dobrymi muzykami (znakomity perkusista!), którzy przenieśli klasyczne dokonania macierzystej formacji lidera w XXI wiek i przerobili je na bardziej rockową modłę. W dobie wciąż trwającej, choć już mniejszej niż kilka lat temu, modzie na lata 80-te, spokojnie mogliby zagrać te wszystkie kawałki po staremu, ale dzięki nowemu podejściu tchnęły one świeżością. Midge Ure jest w całkiem niezłej formie fizycznej (jakby nie patrzeć, rocznik 1953), choć czas niestety odcisnął nieodwracalne piętno na jego głosie. To już nie jest ten czysty, krystaliczny wokal z czasów „Vienna” czy „Lament”. Niższy, nieco zachrypnięty, nie jest już w stanie wiernie odtworzyć niełatwych, wysokich partii dawnych przebojów. A tych nie brakowało, bo Midge zaproponował tylko kilka własnych hitów (w tym „Dear God”, „Call of the Wild”, „That Certain Smile” czy obowiązkowy „If I Was”), a tak to ze sceny płynęły głównie najbardziej znane kompozycje Ultravox. Można by wymieniać długo, ale wspomnę choćby o „Passing Strangers”, „New Europeans”, „All Stood Still”, „Vienna”, „Reap the Wild Wind”, „The Voice”, oczywiście „Dancing With Tears in My Eyes” i „Hymn” już na sam koniec.
To była bardzo udana, kolejna edycja festiwalu Ino Rock. Frekwencja może nie była powalająca (raz, że konkurencja coraz większa, a dwa, że na obecnym terenie festiwalu ludzie mocno rozchodzą się po całym placu), ale atmosfera niezmiennie urokliwa, niestety czas też płynął tak samo szybko jak zawsze. Chyba żaden festiwal nie przelatuje mi tak błyskawicznie jak ten. W tym roku nawet pogoda była bardziej łaskawa niż ostatnio – wieczorem było już chłodno, ale pod koniec sierpnia w Polsce nie jest to szczególnie szokujące. Jak zwykle, było to piękne pożegnanie lata.
Views: 17

