Nothing + Hammok, Hydrozagadka, Warszawa, 01.09.2026 – Relacja

Amerykański Nothing obserwuję już od pewnego czasu, więc widzę, jak powoli stają się coraz większą sensacją. Tym bardziej byłem ciekaw koncertu w warszawskiej Hydrozagadce, zwłaszcza, że zespół wystąpił w interesującym towarzystwie.

Skandynawska scena hardcore’owa ma długą historię, sięgającą głębokich lat 80-tych i 90-tych. Niestety, obawiam się, że takie kapele jak Anti-Cimex, Totalitär, Riistetyt czy Terveet Kädet mogłyby nie spodobać się fanom norweskiego Hammok. Młoda grupa reprezentuje znacznie bardziej nowoczesne podejście do tematu. Ich hardcore jest mocno przybrudzony noise’m, choć bardziej słychać to na płytach niż na żywo. I bardzo dobrze, bo ciekawych rozwiązań brzmieniowych możemy posłuchać sobie z albumów studyjnych, a ze sceny ma ziać ogniem! Tak też było, bo występ Norwegów był niesamowicie żywiołowy, a ich energia zaraźliwa, szybko porwali ludzi do dzikiego tańca. Jak na mało znany support, wypadli bardzo przekonująco i profesjonalnie, a przede wszystkim wiarygodnie, co w tym gatunku jest ważne.

Nothing wyrastają na najważniejszego przedstawiciela współczesnego shoegaze’u. Konsekwentnie budują swoją karierę, umacniając ją kolejnymi albumami, zwykle co najmniej równymi i solidnymi, nawet jeśli nie zawsze tak przełomowymi jak debiutancki „Guilty of Everything”. W tym roku ukazała się nowa płyta zespołu, zatytułowana „a short history of decay”. Co zrozumiałe, miała ona najliczniejszą reprezentację w setliście, choć i tak były to tylko cztery utwory (oczywiście „cannibal world”, od którego wzięła nazwę cała tegoroczna trasa, ale też „never come never morning”, „purple strings” i „toothless coal”). Poza tym, było bardzo przekrojowo, choć oznaczało to jeden, góra dwa kawałki z danej płyty. Więcej nie miało szans się zmieścić, jako że koncert był niestety dość krótki. Tym bardziej zadziwiające były niby ambientowe przerwy między poszczególnymi piosenkami, jakby muzycy zbierali siły na więcej. Energii generalnie nie brakowało, choć flegmatyczna konferansjerka Domenica Palermo stanowiła osobliwy kontrast. Za to bardzo ciekawym zabiegiem były wizualizacje wyświetlane za muzykami, przypominały fragmenty dziwnych, starych filmów (zakładam, że w większości nimi były), które tworzyły odrealnioną, bardzo pasującą do twórczości Nothing atmosferę. Jedyne, co nie do końca mi pasowało, to brzmienie, które było nierówne. Czasem delikatne wokale muzyków pięknie unosiły się nad wszechobecnym ciężarem potężnych ścian dźwięków, ale innym razem wszystko trochę zlewało się ze sobą i bulgotało. Szkoda, bo całość mocno na tym traciła.

Kalendarzowo wciąż mamy lato, mimo to sezon małych, klubowych koncertów (prawie) jesiennych uważam za otwarty. I choć raczej nie był to najlepszy występ tego sezonu, to i tak stanowił dobry początek.

Views: 7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.