Fertile Hump – „Jazzpunk Superheroes” – Recenzja

Fertile Hump – „Jazzpunk Superheroes”

(16.09.2026, Piranha Music)

  1. WHITE LIGHT, BLACK RAIN 03:28
  2. EMILY STREET 03:57
  3. OLDIES 03:11
  4. OPEN LANDS 02:28
  5. SONG FOR THE QUEEN 03:31
  6. I FIGURED IT OUT 02:59
  7. TROUBLE TROUBLE 06:53

Jakie to życie bywa przewrotne. Jeszcze do niedawna nie miałem pojęcia o istnieniu takiego stylu muzycznego jak jazzpunk, a teraz już znam jego największych superbohaterów. A tak poważnie, to Fertile Hump wrócili i znowu rozrabiają na nowej płycie, tegorocznej świeżynce, „Jazzpunk Superheroes”.

I chociaż nie słyszę ani grama jazzu w twórczości Warszawiaków, to jest w niej masa innych wspaniałych dźwięków. Mówiąc o muzyce Fertile Hump zwykle przez wszystkie przypadki odmienia się słowo „garażowa”, od czego zespół zresztą nie odżegnuje się, ale ileż można wałkować to samo. Wiadomo, że u tej ekipy jest surowo niczym na techno w środku lasu, ale elektroniki też tu nie uświadczycie. Wręcz przeciwnie, jest bardzo naturalnie i organicznie, bez upiększeń, z potężną dawką obowiązkowego brudu. Duża w tym zasługa brzmienia pochodzącego z sali prób zespołu, gdzie dokonano nagrań i zmiksowano całość. Jedynie mastering wykonano w profesjonalnym studiu Mustache Ministry, żeby dostosować album do dzisiejszych standardów. Efekt jest unikatowy i wiarygodny, bez wypolerowania, ale z zachowaniem radości grania na żywo. A tą słychać w każdym utworze. Jednym z elementów mocno wyróżniających Fertile Hump z tej całej garażowej hałastry jest cudne brzmienie analogowych klawiszy, które przywołują lata 60-te i 70-te („EMILY STREET”, chyba autoironiczny „OLDIES”). Inna kwestia to damsko-męskie wokale, w harmoniach i osobno, które stanowią o jedności i wprowadzają ciekawe urozmaicenie. Muzycy nie boją się nawet mogącej kojarzyć się z Beach Boysami czy Ramonesami słodkości w polukrowanych, kolorowych „OPEN LANDS” i „I FIGURED IT OUT”. Nieco ciężej robi się za to w bluesowych „WHITE LIGHT, BLACK RAIN” i „SONG FOR THE QUEEN”. Album zamyka najdłuższy na płycie, bo trwający prawie siedem minut, monumentalny „TROUBLE TROUBLE”. Rozbudowany, niemal progresywny w swej konstrukcji kolos ma w sobie tyle samo z Doorsów, co z…Niemena. Na deser dostajemy jeszcze bonusowy, ukryty kawałek – przyjemną, akustyczną, knajpianą balladę.

Fertile Hump powrócił wydawniczo po pięciu latach w glorii i chwale. Nowy materiał jest niestety dość krótki i to jest jego jedyna wada, bo nieco zbyt szybko przelatuje, ale zdąży zrobić dziurę, przez którą trafi prosto do Waszych serc, gdzie już zostanie. Jeśli tylko nie boicie się trochę pobrudzić.

Views: 8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.