Konstelacje – „Zenit” – Recenzja

Konstelacje – „Zenit”

(03.06.2024, własnym sumptem)

  1. Freya
  2. Jak Sen
  3. Jeden Dzień (feat. Korpal)
  4. Chwile
  5. W Czerń
  6. Droga
  7. Letni
  8. Echo
  9. Znak
  10. Trzyczwarte
  11. Przed Świtem
  12. Kołysanka

Pora wrócić do nadrabiania zaległości, choć w pewnym sensie bardziej związanych z koncertami niż wydawnictwami płytowymi. Konstelacje można było w tym roku usłyszeć dobrych kilka razy w różnych miejscach. Jako redakcja mieliśmy tę przyjemność w Ostrowie Wielkopolskim (na Ostrów Rock Festival) i Katowicach (podczas zakończonej niedawno trasy z Pure Bedlam – galeria wkrótce). Z tej okazji, chcieliśmy przypomnieć bardzo ciekawy, ostatni jak na razie album zespołu, wydany w 2024 roku, a zatytułowany „Zenit”.

Konstelacje wypełniają na naszym rynku pewną lukę, która stanowi coraz bardziej popularną niszę za granicą. Sami twierdzą, że grają „nostalgiczną fuzję post-hardcore z alternatywnym metalem lat 90. i 2000.” i sporo w tym prawdy. Muzyka warszawskiego kwartetu opiera się na mocnych gitarowych riffach i ścianach dźwięku oraz solidnej sekcji rytmicznej, skontrastowanych post rockowymi melodiami i czystym, emocjonalnym wokalem, który przebija się przez ten uporządkowany hałas. Nazywanie ich „polskim Deftones” może być trochę na wyrost, zresztą, wiem, że takie etykietki niekoniecznie są popularne, nawet wśród fanów, ale może stanowić pewien punkt odniesienia, za co mam nadzieję, że nikt się nie obrazi. Nic dziwnego, że Konstelacje zagrały trasę z Pure Bedlam, bo obie kapele poruszają się w podobnej stylistyce, choć nie brzmią identycznie, wręcz przeciwnie, każdy znalazł na siebie odrębny pomysł.

„Zenit” nadal znakomicie broni się muzycznie. Mroczna „Freya”, która otwiera całość, zaskakujący „Jeden Dzień” z gościnnym udziałem rapera, bardziej optymistyczne „Chwile” i „Letni” (tu mamy nawet chórki), porywająca „Droga”, nerwowo poszarpane „Echo” czy zapadający od razu w pamięć „Znak”. To tylko wycinki, moje ulubione kompozycje, które chciałem wyróżnić, ale cały album jest pełen mocy i zdecydowanie wart zgłębienia.

Ta recenzja ma wymiar niejako „archiwalny”, ale wierzę, że czasem dobrze jest przypomnieć sobie krążek, który mógł wcześniej umknąć z powodu strasznego zalewu nowej muzyki, z jakim mamy do czynienia w ostatnich latach. W tym roku też jest potężny wysyp nowości, ale o tym jeszcze zdążymy napisać na naszych łamach. A póki co, wszystkim zwolennikom emocjonalnego i wyważonego ciężaru polecam odświeżyć sobie „Zenit” i wypatrywać nowych dźwięków Konstelacji, które mam nadzieję przyjdą szybciej niż później.

Views: 6

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.