The Dead Hearts – „Plight Goes On”
(14.11.2025, własnym sumptem)
- For What May Never Come 04:00
- Lost Not Gone 03:34
- Losing You 04:19
- Away 03:32
- Promises 04:30
- Shame 04:57
- No Way of Healing 03:37
- What I’ve Become 04:34
- Another Fire 03:37
- Shining Star 03:57
- My Rebirth 03:27
- All The Same 05:26
- Enslaved (Break This Cycle)
The Dead Hearts to świeża inicjatywa z Lublina. Kwintet sam określa swoją muzykę jako mieszankę alternatywnego metalu i post-grunge’u, skierowaną do fanów takich zespołów jak Breaking Benjamin, Seether, Deftones czy Alter Bridge. Brzmi to dumnie, choć takie deklaracje zwykle warto weryfikować. Szczerze mówiąc, po takim opisie spodziewałem się nieco większej przebojowości, tymczasem, muzyka The Dead Hearts nie ma aż tak dużego potencjału komercyjnego. Akurat to może być zaletą dla wielu słuchaczy, bo wspomniane przeze mnie na początku gatunki potrafią być mocno przesłodzone, co na dłuższą metę bywa męczące. W przypadku zespołu z Lublina mamy nieco inne podejście, co nie oznacza, że w ich muzyce zupełnie brakuje melodii. Są, ale nie jakoś szczególnie wyeksponowane, raczej schowane za potężnymi gitarowymi riffami, które prowadzą większość utworów, stanowiąc ich kompozycyjny trzon. Za tym idzie dość surowe brzmienie, spotęgowane przez nieco jednostajny, choć wyraźnie nacechowany emocjonalnie wokal.
Mam wrażenie, jakby poszczególne utwory powstawały w różnym czasie. Początek albumu sprawia bardzo monolityczne wrażenie, kompozycje są solidne, ale nic szczególnie nie wybija się ani nie zapada w pamięć. Brakuje większego zróżnicowania aranżacyjnego, bo dominują albo całkowicie intensywne kawałki albo schemat „spokojny początek lub zwrotki, potem się rozwija”, choć sytuację ratują dobre solówki gitarowe. Grupa zaczyna rozwijać się w drugiej połowie płyty, robi się ciekawiej, bardziej różnorodnie. Wyróżniają się chwytliwe utwory, z większym potencjałem, takie jak „Shame”, „No Way of Healing”, „What I’ve Become”, „Another Fire”, „Shining Star”, czy zwłaszcza bonusowy „Enslaved (Break This Cycle)”.
Mam nadzieję, że zespół wybaczy mi szczerość, choć oczywiście nie chciałbym mu podcinać skrzydeł i gasić zapału. W twórczości The Dead Hearts jest pewna iskra, którą warto pielęgnować, ale należy ją oszlifować, by zrównać poziom muzyki. „Plight Goes On” to album nierówny, przez co trudno się go słucha, tym bardziej, że całość trwa godzinę bez kilku minut. Niemniej, znajdzie się na nim garść niezłych pomysłów, które być może grupa rozwinie następnym razem.
Views: 36
