Nie minęły dwa miesiące, a powróciłem do Progresji, by obejrzeć koncert kolejnego zespołu Maxa Cavalery. Po historiograficznym odegraniu albumu Sepultury „Chaos AD” w całości, tym razem przyszła pora na regularny występ Soulfly.
Nie wiem, jakie układy mają teoretycznie antysystemowe Węże, ale muszą one być dobre, skoro grupa znowu supportowała Maxa Cavalerę, i to na wszystkich trzech koncertach w Polsce. Na szczęście, póki co, nie ma to żadnego wpływu na muzykę grupy, która cały czas tłucze bezkompromisowego hc/punka z elementami skandowania (bo nazywanie tego rapem jest lekko na wyrost). Surowe brzmienie i młodzieńcza energia dobrze sprawdzają się na żywo, nawet jeśli twórczość Węży nie jest szczególnie odkrywcza.
Warszawski koncert Soulfly miał właściwe rodzinną atmosferę. Nie tylko przez dobry kontakt z fanami – świetna frekwencja jak na jeden z trzech koncertów w kraju, mnóstwo ludzi śpiewających i skaczących (zastanawiałem się, czy za chwilę nie wylądujemy piętro niżej…), pokaźny circle pit niemal od początku do końca – jakby rok 1998 nigdy się nie skończył. Życzę każdej kapeli tak oddanej publiczności. Druga kwestia, to personalia muzyków. Podobnie jak w projekcie Cavalera Chaos AD, obecnie w Soulfly Max gra z jednym z synów, Zyonem, który zasiada za zestawem perkusyjnym. Doskonale sobie za nim radzi, a zakładam, że poprowadzenie zespołu opartego praktycznie w całości na potężnym groove’ie nie jest takie proste. Nie do końca zrozumiałe były tylko dość częste pauzy, kiedy perkusista opuszczał swoje stanowisko i po chwili do niego wracał, co trochę burzyło dynamikę koncertu. Z kolei w „Bleed” na scenie pojawił się jeszcze jeden potomek lidera, Richie, który wspomógł go wokalnie i usłyszał w nagrodę polskie „Sto lat”, jako, że miał tego dnia urodziny. Nie wiem tylko kim było dziecko, które próbowało wspomóc zespół w grze na plemiennych bębnach w „Bumba”, ale chłopiec radził sobie nawet nieźle. Do tej pory wymieniłem dwa utwory, oba pochodzą z debiutu i nie było to przypadkowe – pierwsza płyta Soulfly miała największy udział w setliście. Generalnie, trzon występu stanowiły cztery pierwsze albumy, więc nie zabrakło takich „hitów” jak „Back to the Primitive”, „Jumpdafuckup”, „Seek 'n’ Strike”, „Prophecy” czy zagrany już na zakończenie „Eye for an Eye”. Niemniej, Max nie zapomniał o najnowszej, zeszłorocznej płycie „Chama”, z której pojawiły się cztery utwory – „Favela/Dystopia”, „No Pain = No Power”, „Storm the Gates” i tytułowy. Choć przy dość homogenicznym stylu Soulfly nie ma aż takiego znaczenia, co grają, bo bez względu na datę wydania i album, wszystkie kompozycje bujały równo, zwłaszcza, że koncert miał więcej niż przyzwoite brzmienie.
Magia nazwiska Cavalera zdaje się nie niknąć. Podczas trwających wciąż wakacji, w środku tygodnia można zorganizować naprawdę licznie uczęszczane koncerty klubowe, na które zaangażowani fani przychodzą specjalnie dla Brazylijczyków. Pozostaje tylko życzyć zdrowia i dalszych dokonań.
Views: 11

