Bardzo lubię nieoczywiste połączenia. Mam wrażenie, że coraz częściej organizowane są tego typu wydarzenia, gdzie grają ze sobą zespoły niekoniecznie pasujące do siebie. Przyczyny mogą być czysto biznesowe albo może wynikają też ze zróżnicowanych gustów publiczności, gdzie zwłaszcza młodzi ludzie zdają się już nie zwracać szczególnie uwagi na niejednokrotnie przestarzałe nazwy gatunków muzycznych. Byłem ostatnio na takim koncercie w warszawskiej Proximie.
Pochodzący z Islandii Múr gra dość nieoczywisty metal na styku brzmień post- i progresywnych (no właśnie, ech te etykietki…). Brzmienie zespołu jest może nie sterylne, ale bardzo nowoczesne, techniczne, czyste, choć odrobina brudu pojawia się w mocniejszych partiach. Jedyny problem, jaki mam z tą grupą, to stanie w stylistycznym rozkroku i jeszcze brak własnej tożsamości, jakby trochę miotali się pomiędzy dokonaniami takich kapel jak Sólstafir, Cult of Luna czy Villagers of Ioannina City. Jednak, to jest jeszcze młodzież, a na żywo nie ma to aż takiego znaczenia. Múr doskonale się broni z materiałem ze swojej, jak na razie, jedynej płyty sprzed dwóch lat oraz potężnie brzmi. W tym miejscu dwa słowa wyjaśnienia. Wracając z koncertu wysłałem szefowi naszego portalu, Michałowi, wiadomość następującej treści „Jak wrócę do domu, to wydrukuję wszystko złe, co napisałem o Proximie, i zjem”. Dobrze, że nie mam drukarki. Faktycznie, już bardzo dawno nie słyszałem tak dobrze nagłośnionych występów w tym mokotowskim klubie. Oznacza to, że da się.
Główna gwiazda wieczoru to absolutny kontrast względem supportu. Czyste brzmienie? A skąd. Cyzelowanie, dopieszczanie, dbanie o szczegóły? Gdzie tam. Nienaganna technika i precyzja? Tak, ale tylko w mordowaniu dźwiękiem. W przypadku Oranssi Pazuzu trudno jest jednoznacznie ocenić nagłośnienie, ale zakładam, że ta soniczna destrukcja powinna dokładnie tak brzmieć, więc zarzuty, że było głośno czy nieco chaotycznie są tu raczej nie na miejscu. Finowie też nie mają na koncie nowego materiału, ostatni album to „Muuntautuja”, pochodzący, podobnie jak debiut Múr, z 2024 roku. Nie ma to większego znaczenia, bo koncertu Oranssi Pazuzu słucha się jak jednego, wielkiego muzycznego monolitu, który masakruje człowieka i rozrzuca jego szczątki w psychodelicznym kosmosie. Wciągający, ponury, industrialny trans uzupełnia chory, „zgniły” wokal Juho Vanhanena, który przez większość czasu wrzeszczy jak opętany w charakterystyczny, skrzekliwy sposób. To jest prawdziwy mrok, a nie pseudo-satanistyczne jasełka z odwróconymi krzyżami (z całym szacunkiem, jeśli ktoś szczerze lubi takie klimaty). I niemal katarktyczne przeżycie, a nie jakiś tam kolejny metalowy gig.
Zaskakująco udany wieczór. Cieszy mnie ogromnie, że w Proximie jednak można zorganizować ciężki koncert, który godnie zabrzmi i odda pełnię tego rodzaju muzyki. To dobrze zwiastuje na przyszłość, bo kilka kolejnych mocnych występów szykuje się tu w przeciągu najbliższych miesięcy.
Views: 4


