CONAN to niezwykły zespół, którego fenomenu sam czasem nie potrafię zrozumieć, mimo, że darzę tę grupę szczerą sympatią od dłuższego czasu. Nagrywają co kilka lat albumy, które nieznacznie różnią się między sobą, tworząc monolityczną całość. Grają ciężki, homogeniczny doom metal, oparty lirycznie na uniwersum Conana Barbarzyńcy. Ciężko traktować ich śmiertelnie poważnie, niemniej, robią to wszystko z dużym profesjonalizmem. W końcu, to zawodowcy, bo tak, te przyjemniaczki żyją z grania. Nie można im też odmówić konsekwencji, którą widać nie tylko w muzyce, ale również w podejściu do wydawania płyt i przygotowywania merchu (bardzo bogata oferta, ciesząca się zainteresowaniem). Ostatnio, miałem przyjemność kolejny raz widzieć Conan, tym razem w warszawskiej Hydrozagadce.
Zanim pojawiła się główna gwiazda, na scenie zamontowali się panowie z THRA. Amerykanie reprezentują metalowe podziemie, co widać w grafikach i słychać w brzmieniu. Tu nikomu nie zależy na klarowności i pisaniu przebojów. Ma być ciężko, surowo, ale nie siermiężnie czy prymitywnie. Wręcz przeciwnie, znać fachowość i przygotowanie, zespół jest bardzo dobrze zgrany, działa jak maszyna. Oczywiście, mówimy o maszynce do mielenia mięsa, którego resztki rozbryzgują się po sali. Grupa wykonuje mroczną i ponurą mieszankę doom, death, black i sludge metalu, której piwniczny wyziew zdziera skórę z twarzy, co jest absolutnie wspaniałe, bo dokładnie tak powinna brzmieć taka muzyka.
Punktualnie, na scenę wkroczył Conan, by siać pożogę i zniszczenie, niczym wspomniany już, słynny barbarzyńca, od którego grupa zaczerpnęła nazwę. Początek mojej relacji był celowo prowokacyjny i nieco uszczypliwy. Fenomenem Conan są grane przez zespół koncerty. Przy czym, uważam, że nie ma aż tak dużego znaczenia, które kawałki kapela akurat wykona, bo twórczość Brytyjczyków jest tak spójna i równa, że bardziej liczy się brzmienie i klimat występu. Myślę, że publiczność zgromadzona tego wieczoru w Hydrozagadce nie miała na co narzekać. Conan nie brał jeńców od samego początku. Panowie doskonale zgrani, widać było i słychać, że wszystko było doskonale przećwiczone. Procentuje doświadczenie i wspomniany wcześniej profesjonalizm. Na żywo, twórczość grupy zyskuje wyjątkowej majestatyczności – brzmi potężnie i wzniośle, zwłaszcza w wolniejszych partiach. Jednak, muzycy przeplatają je niemal hardcore’owymi przyśpieszeniami, które zachęciły co bardziej rzutkich fanów do stworzenia dość konkretnego mosh pitu pod sceną. Koncert Conan był bardzo konkretny – mniej więcej godzina i 15 minut, 9 kawałków, w tym tylko 3 z wydanej w tym roku „Violence Dimension”. Tyle w zupełności wystarczyło. Na koniec usłyszeliśmy jeszcze puszczoną z taśmy kompozycję Fryderyka Chopina – nie wiem, czy to była inicjatywa klubu czy zespołu, ale paradoksalnie, znakomicie pasowało to do zakończenia tego mocarnego występu.
Views: 16


Pingback:All Them Witches + Elder, Progresja, Warszawa, 20.10.2025 – Relacja – MAJ Music