Stoned Jesus, Wheel + Ice Sealed Eyes, Hydrozagadka, Warszawa, 25.03.2026 – Relacja

Po sporej dawce alternatywy ostatnio, przyszła wreszcie pora powrócić do klimatów progresywnych i metalowych. Nadarzyła się znakomita okazja za sprawą dziwacznie połączonych, ale zacnych zespołów z obiecującym supportem.

Ice Sealed Eyes powstali w 2020 roku w Brukseli i grają nowoczesnego metalcore’a, który może nie wyróżnia się wybitnie spośród setek naparzających obecnie w ten sposób kapel, ale dobrze brzmi na żywo. Panowie dwoili się i troili na scenie warszawskiej Hydrozagadki, chcąc przekazać jak najwięcej energii, ale publiczność nie była aż tak liczna ani zaangażowana, by mogło się to udać w pełni. No cóż, nie był to koncert typowo metalcore’owy, ale stanowił ciekawe urozmaicenie i tak wybitnie eklektycznego wieczoru.

Stoned Jesus znam od lat, miałem przyjemność widzieć już dwa razy, więc ich występ nie zaskoczył mnie szczególnie, choć zawsze miło jest posłuchać tych sympatycznych Ukraińców. Niezmiennie jako power trio, z nowym perkusistą, Ihorem Biriuchenko, dla którego był to drugi koncert z zespołem (po pierwszym, dzień wcześniej w Krakowie). Jak zwykle, panowie zaserwowali radośnie uprawiany stoner metal, ale pozbawiony wygłupów. Grali jak najbardziej poważnie, nawet, gdy lider, Igor Sydorenko, trochę żartował między utworami (choć powiedział też kilka słów o toczącej się za naszą wschodnią granicą wojnie). Grupa promuje obecnie bardzo udany, zeszłoroczny album „Songs to Sun”, który nieznacznie zdominował setlistę, co lepszymi z niego fragmentami („Low”, „New Dawn”, „See You on the Road”, „Shadowland”), choć zaskakująco, niemal równie duży udział miał „The Harvest” (obowiązkowy „Here Come the Robots”, ale też „Rituals of the Sun” i „Wound”). Nie zabrakło również „Hands Resist Him” z „Pilgrims” i kultowego już w niektórych kręgach „I’m the Mountain” z „Seven Thunders Roar”. Występ Stoned Jesus był elektryzujący i wyjątkowo ciężki, nawet jak na nich.

Zgodnie z modną w dzisiejszych czasach, nową, świecką tradycją tras typu „double headliner”, główne zespoły grają w zmieniającej się co koncert kolejności. Dlatego też, w Warszawie całość zamknął występ fińskiego Wheel. Grupę widziałem ostatnio w 2019 roku, gdy supportowała Soen w Progresji. Muzycy mocno rozwinęli się od tamtego czasu, nabrali scenicznego obycia i pewności siebie. Nie sprawiają już wrażenia onieśmielonych i lekko stremowanych. Obecnie, w zespole aż kipi od emocji, mimo że z racji poziomu skomplikowania ich twórczości, grają raczej dość statycznie. Choć dużym niedopowiedzeniem byłoby stwierdzenie, że cały koncert taki był, bo muzycy jednak starali się, w miarę możliwości, utrzymywać kontakt z publicznością, podchodzili do krawędzi sceny, wchodząc prawie w ludzi, co robiło fajne wrażenie. Setlista była bardzo przekrojowa, sięgała do wszystkich trzech pełnych albumów zespołu. Zabrakło nowego materiału, bo jak stwierdził lider, James Lascelles, nie wyrobili się, z uwagi na wcześniejszą trasę po Stanach. Niemniej, czekamy na nowe utwory przy kolejnej wizycie.

Czasem takie nieoczywiste połączenia dobrze się sprawdzają. Trudno powiedzieć, czy tak było w tym przypadku, bo widziałem jak część osób opuszcza klub po koncercie Stoned Jesus, ale to już ich problem. Uważam, że było to błędem, bo wszystkie występy były naprawdę godne uwagi, wykonane z pasją i uczuciem, a do tego bardzo profesjonalnie zrealizowane (już dawno Hydrozagadka nie brzmiała tak dobrze przy takich ciężarach).

Views: 15

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.