Koncerty Plini’ego w Polsce cieszą się nieprzerwaną popularnością. Tym razem, artysta pojawił się w naszym kraju tylko raz podczas najnowszej trasy, dlatego warszawskie Niebo niemal pękało w szwach, bo koncert był wyprzedany.
Wieczór otworzył występ nowojorskiego Sungazer. Amerykańska formacja u nas pojawiła się dopiero pierwszy raz w swojej karierze, ale muzycy dość szybko odnaleźli się. Miałem wrażenie, że konferansjerka basisty jest trochę wymuszona, narzucająca się, ale nie można mu było odmówić charyzmy (może to ta charakterystyczna dla Nowojorczyków neurotyczność). Sypał żartami, zagadywał publiczność, a nawet skłonił ją do wykonania chodzonego tańca „na dwa”, który określił mianem „Sungazer Two-Step”. Zespół gra mieszankę fusion i prog metalu, ale z dużo większym niż Plini naciskiem na to pierwsze, dodatkowo wyróżnia go obecność saksofonisty w składzie. Muzycy grają bardzo sprawnie (świetne solo gitarowe w „Macchina”), są doskonale zgrani oraz urozmaicają swoje brzmienie, a to nawiązując do bułgarskiego tańca w „Paydushko Horo” czy odważnie, ale znakomicie wykonując cover „Vital Transformation” Mahavishnu Orchestra.
Plini na koncercie to jednak trochę inny artysta niż w nagraniach studyjnych, pełnych nawiązań do fusion, które na żywo trochę giną, zalane lawą metalu progresywnego. Brzmienie zespołu Australijczyka w Niebie było dużo cięższe i niestety bardziej jednostajne niż na albumach. Oczywiście, nie można było niczego zarzucić nienagannej technice czy nieprawdopodobnej wręcz lekkości i swobodzie wykonywania poszczególnych, niełatwych przecież kompozycji (pamiętajmy, że mamy do czynienia z prawdziwym wirtuozem gitary). Jednak, kolejne utwory trochę zlewały się ze sobą w jedną całość, sprawiając wrażenie posiadania bardzo podobnej konstrukcji i stosowania ograniczonej gamy patentów. Z uwagi na to, że był to sam początek trasy, wydaje się, że zespół jeszcze nie rozgrzał się odpowiednio, tym bardziej, że panowie wykonywali obszerne fragmenty świeżej, jeszcze ciepłej płyty „An Unnameable Desire”, która ukazała się na rynku ledwo kilka dni przed warszawskim koncertem. Nie porywał też ruch sceniczny, który był minimalny, Plini miał praktycznie cały czas jedną minę i pozycję, a jego największym stresem był fakt, że pierwszy raz grał na żywo na gitarze siedmiostrunowej. Co do warunków, to było trochę za głośno, ale zespół miał piękną oprawę świetlną, zwłaszcza z tym rozgwieżdżonym niebem za plecami.
Jeśli dla kogoś wymiatanie na gitarze samo w sobie jest sztuką i nic innego się nie liczy, to mógł być tym koncertem zachwycony. Osobiście, chyba oczekiwałem czegoś więcej, liczyłem na większe show. Niemniej, nie był to zły występ, ale też nie jakoś szalenie porywający.
Views: 12

