Wydawałoby się, że rynek koncertowy jest niemal przesycony wszelkiej maści wydarzeniami, ale okazuje się, że wciąż pozostaje przestrzeń na kolejne, nowe inicjatywy. Jedną z nich jest cykl imprez Stratocastle, które będą odbywać się na terenie niedawno otwartego zamku w Ćmielowie w województwie świętokrzyskim. Ostatnio mieliśmy ogromną przyjemność być na inauguracji całości, w ramach której na scenie zaprezentowała się supergrupa BEAT.
Już samo miejsce jest bardzo urokliwe. Zamek położony jest w malowniczej, choć nieco odludnej okolicy. Architektura budowli jest raczej skromna i niezbyt rozległa, ale ma swój klimat, tworzy specyficzną atmosferę. Wiem, że wewnątrz można było też oglądać wystawy (kolekcję gitar i wystawę historyczną), ale z przyczyn logistycznych nie dane mi było się na nie załapać. Może następnym razem.
Koncertem otwierającym cały cykl Stratocastle był występ zespołu BEAT. Można narzekać, że to tylko połowa oryginalnego składu King Crimson z lat 80-tych lub że od dwóch lat panowie wykonują dokładnie ten sam set, ale po doświadczeniu tych dźwięków na żywo wszelkie marudzenie ustaje.
Po pierwsze, mamy tu do czynienia z absolutnymi profesjonalistami. Wszyscy już dawno w wieku emerytalnym (Tony Levin skończył w czerwcu równo 80 lat!), czego w ogóle nie było widać ani słychać. Chciałbym kiedyś się tak zestarzeć! Energia koncertu od początku do końca była na bardzo wysokim poziomie, nic dziwnego, że zespół ma w nazwie „uderzenie”, które na upartego można też przetłumaczyć jako „puls” i to słowo wskazałbym jako kluczowe. Nienaganna technika, zabójcza precyzja, ale przede wszystkim niesamowity nerw, groove i wyczucie. Tu wszystko płynęło i tętniło życiem.
Początek występu był znakomity – „Neurotica”, „Neal and Jack and Me” i zwłaszcza zapierający dech w piersiach „Heartbeat”. Później bywało różnie, czasem ładnie („Model Man”, „Dig Me”, „Man With an Open Heart”), innym razem awangardowo (pulsujący „Sartori in Tangier” z plastycznym solem Vaia i niestety trochę zbyt rozciągnięty „Industry”). Większa dynamika wróciła w „Larks’ Tongues in Aspic (Part III)” z doskonałą współpracą obu gitarzystów.
Po przerwie właściwie już do końca działy się prawdziwe cuda. Adrian Belew i Danny Carey grający na bębnach oraz ten pierwszy maltretujący gitarę przy wzmacniaczu w „Waiting Man”. Nieprawdopodobne, dosłownie odlotowe wykonanie oryginalnie niemal ambientowego „The Sheltering Sky” z najlepszą tego wieczoru solówką Steve’a Vaia. Zdawałoby się, że lider BEAT poradziłby sobie i bez wirtuoza gitary obok siebie, ale jego obecność wniosła dużo kolorytu i dodatkową przestrzeń aranżacyjną. Dalej pojawiły się potężny „Sleepless” z Tonym Levinem grającym na basie specjalnymi pałeczkami, ultraszybki, matematyczny „Frame By Frame” i przepiękny, klimatyczny „Matte Kudasai”. W tym miejscu muszę pochwalić Adriana Belew jako wokalistę, którego głos może nie ma nie wiadomo jakiej skali, ale zachował przez te wszystkie lata niezmienną moc i charakterystyczną barwę. Podstawowy set zakończyły energiczny i nerwowy, zagrany z pazurem „Elephant Talk”, przyzwoity „Three of a Perfect Pair” i pełen mocy „Indiscipline” poprzedzony solówką perkusyjną Danny’ego Carey’a. Na bis usłyszeliśmy zadedykowany Robertowi Frippowi i Billowi Brufordowi „Red” – brawurowo wykonany, z wyeksponowanym, legendarnym już motywem przewodnim oraz taneczny, żywiołowy „Thela Hun Ginjeet”.
To był znakomity koncert w ciekawym miejscu. Zagrał dla nas prawdziwy zespół połączonych muzyką ludzi, a nie roboty odwalające chałturę. Grupa przywołała klimat jednej z najbardziej nieoczywistych trylogii lat 80-tych, dorzucając do tego własne pomysły aranżacyjne. Szkoda, że prawdopodobnie była to jednorazowa okazja, bo Steve Vai zapowiadał w wywiadach, że po sfinalizowaniu obecnej trasy projekt zakończy działalność. Tym bardziej warto było przyjechać do Ćmielowa, by poczuć to uderzenie na własnej skórze.
Views: 11

