Pierwszy piątek jesieni 2026 roku przywitał nas opadami deszczu i sporym zachmurzeniem. Z biegiem dnia pogoda zaczęła się jednak poprawiać, by na zwieńczenie dnia rozbłysło słońce w postaci zespołu Smokie, który zawitał do stolicy Górnego Śląska.
Nie można powiedzieć, że katowicki Spodek odleciał, ale z pewnością nabrał dobrej, pozytywnej energii, którą przekazała publiczności brytyjska legenda muzyki, poruszająca się na pograniczu popu i country rocka. Obecny skład zespołu to mieszanka doświadczenia i młodości. Próżno szukać w nim muzyków, którzy zakładali Smokie, co nie oznacza jednak, że dzisiejszy skład nie gwarantuje dobrego grania i świetnej zabawy.
Wszystko rozpoczęło się o godzinie 20:00 od utworu „I’ll Meet You at Midnight”. Wersja tego utworu została zaaranżowana bardziej rockowo, aniżeli znamy ją z albumu studyjnego „Midnight Café”. Już na wstępie można było zauważyć, że nagłośnienie zostało ustawione na najwyższym poziomie i, co ważne (szczególnie dla mnie) nie było zbyt głośno. Pierwsze trzy utwory minęły bardzo szybko i w zasadzie dopiero po nich członkowie zespołu przywitali się z publicznością. Interakcję z widownią prowadzili dwaj gitarzyści — Pete Lincoln oraz Mick McConnell. Początkowo były to pojedyncze zwroty i krótkie zdania, ale z biegiem koncertu, a szczególnie wraz z nadejściem kolejnych wielkich hitów, zarówno muzycy, jak i publiczność złapali ze sobą lepszy kontakt. Gdy już wszyscy oswoili się z sytuacją, można było zauważyć, że publika zaczęła łapać luz i czuć rytm. Pojawiły się tańce – zarówno indywidualne, jak i w parach. Miejsca było sporo, ponieważ wydarzenie nie zostało wyprzedane, zatem można było w pełni korzystać z tych miłych chwil, które dodatkowo potęgowało przyjemne brzmienie zespołu. Mnie szczególnie przypadł do gustu dźwięk gitary akustycznej, na której grał frontman zespołu z Bradford. Nie we wszystkich utworach — niejednokrotnie zamieniał ją na elektryczne „wiosło”.
W czasie koncertu wybrzmiało wiele hitów, z których znamy zespół Smokie, takich jak „For a Few Dollars More”, „Rose-a-Lee” czy „Oh Carol”. Autorskie piosenki przeplatały się z coverami innych zespołów, m.in. „I Don’t Want to Talk About It” zespołu Crazy Horse, „Have You Ever Seen the Rain?” grupy Creedence Clearwater Revival czy – dla mnie najważniejszy – „(I Just) Died in Your Arms” zespołu Cutting Crew. Każdemu z tych utworów towarzyszyła efektowna gra świateł, która przy każdej z kompozycji robiła dobrą robotę. Wspominając już o otoczce, jaką niewątpliwie stanowiła iluminacja świetlna, warto powiedzieć, że scena była wzbogacona o dwa telebimy, które z bliska pokazywały pracę członków zespołu. Nawet siedząc na wyższych trybunach, bez problemu można było podziwiać całe widowisko. Gdy słuchałem zespołu Smokie na albumach studyjnych, zawsze zauważałem dwie charakterystyczne cechy ich brzmienia: mocno akcentowaną gitarę akustyczną oraz śpiew w duecie lub trio. Podczas koncertu w Katowicach pojawiały się fragmenty utworów, w których śpiewali wszyscy gitarzyści: wspomniani wcześniej P. Lincoln, M. McConnell oraz Luke Bullard (notabene syn klawiszowca zespołu). To właśnie wtedy czułem największą siłę i tożsamość Smokie. Cały koncert minął bardzo szybko i w dobrej atmosferze. Po zagraniu piętnastu utworów zespół pożegnał się z publicznością i zszedł za kulisy. Po gromkim „Smokie, Smokie, Smokie!” członkowie zespołu jeden po drugim zaczęli wracać na scenę.
Już po ostatnim utworze z podstawowego setu ludzie zarówno na trybunach, jak i na płycie (miejsca siedzące) nie zamierzali jeszcze opuszczać swoich miejsc. Wszyscy czekali na powrót swoich idoli. Po wbiegnięciu na scenę perkusista zaintonował rytm oklasków, a następnie na scenie pojawiali się pozostali muzycy. Gdy wszyscy znaleźli się już na scenie, zagrali dwa wielkie hity: „Don’t Play Your Rock 'n’ Roll to Me” oraz wyczekiwane przez wszystkich „Living Next Door to Alice”. W trakcie tego ostatniego utworu doszło również do przedstawienia składu zespołu i podziękowań za wspólnie spędzony wieczór.
Podsumowując koncert: było bardzo przyjemnie. Gdy po pierwszych utworach wokalista oswoił się ze swoim głosem, a publiczność rozgrzała nogi i serca, można było zauważyć, że wszyscy czują się swobodnie, jak na prywatce u Romana. Wszystko było na swoim miejscu – forma zespołu, świetne miejsce i jego nagłośnienie, a co najważniejsze – przyjemna dla ucha i rozluźniająca muzyka na ten jesienny, piątkowy wieczór. Ja również dobrze się bawiłem, słuchając, a także tańcząc w rytm największych, ale również tych nieco mniejszych hitów zespołu Smokie.
Views: 10




