Koncerty The Sisters Of Mercy w Polsce zawsze przyciągają rzesze fanów, ale dwa duże, błyskawicznie wyprzedane są jednak pewnym zaskoczeniem. Z drugiej strony, średnia wieku bardzo zróżnicowała się i mocno obniżyła na przestrzeni lat, co w sumie dobrze świadczy o młodzieży (albo inspirujących ich rodziców). Sam miałem przyjemność być ponownie po kilku latach w warszawskiej Progresji.
Supporty Sióstr zwykle są całkiem ciekawe. Tym razem padło na norweski The Hiveminds. Ekipa może nie brzmi wybitnie oryginalnie, ale mimo to dość świeżo. Słychać w ich twórczości inspiracje takimi kapelami jak The Gun Club, 16 Horsepower, The Stranglers czy New Model Army. Ich mocną stroną jest ekspresyjny wokalista z dobrym angielskim i dużo brzmień klawiszy. W sam raz na otwarcie wieczoru.
Główna gwiazda pojawiła się na scenie w gęstych kłębach dymu. Momentami aż ciężko było wypatrzeć muzyków, niekiedy jedynie ich kontury, co było na swój sposób komiczne, ale tworzyło też odpowiedni klimat. Z drugiej strony, mrok prezentowany przez Sisters Of Mercy jest coraz bardziej plastikowy, więc ciężko jest traktować tę otoczkę zupełnie poważnie (ciekawe co na to gotycka młodzież…). Wracając jeszcze do oprawy, z dymem bardzo fajnie współpracowało oświetlenie, które oparte było głównie na barwnych plamach, a nie na skoncentrowanych promieniach, jak to zwykle bywa. To co było dla mnie najważniejsze i od dawna najbardziej kontrowersyjne, to kondycja i podejście lidera zespołu, Andrew Eldritcha. Kilka lat temu, w tym samym miejscu, wokalista ledwo śpiewał, posiłkując się głównie muzykami towarzyszącymi. Tym razem, Andrew postarał się na miarę swoich możliwości, dbając o kreowanie odpowiedniej atmosfery i budowanie napięcia. Nie było wstydu. Zastrzeżenia można było za to mieć do setlisty, która skupiła się głównie na utworach, których nie uświadczymy na klasycznych wydawnictwach zespołu, a które nie zostały nigdy oficjalnie wydane, choć są wykonywane na koncertach i jest ich już tyle, że grupa spokojnie skroiłaby z tego całkiem przyzwoity album. Tym bardziej, trudno jest zrozumieć taką politykę, ale Sisters Of Mercy, a właściwie ich lider, to od lat nie tylko człowiek, ale przede wszystkim specyficzny stan umysłu. Oczywiście, nie zabrakło też kultowego już repertuaru z regularnych albumów studyjnych sprzed lat, głównie w drugiej połowie występu. Usłyszeliśmy „I Was Wrong”, „More”, „Ribbons”, „Dominion” i już na sam koniec „Temple Of Love”, „Colours” (z czasów The Sisterhood), „Lucretia My Reflection” i „This Corrosion”.
Podobnie jak kilka lat temu, znowu było trochę dziwnie, nie wszystkie intencje dało się w pełni zrozumieć, ale wykonawczo było zdecydowanie lepiej. Niemniej, odnoszę wrażenie, że brzmienie grupy coraz bardziej się starzeje i zaczyna mocno odbiegać od dzisiejszych standardów. Może pomógłby bardziej nowoczesny, premierowy materiał, ale trudno powiedzieć, czy takowy w ogóle się ukaże.
Views: 12


