Koncerty jazzowe kojarzą mi się raczej z małymi salami, bo do takich pasują najbardziej, ale są zespoły, których publiczność w mniejszych klubach już od dawna nie mieści się, więc z przyczyn czysto prozaicznych grają w mniej intymnych miejscach. Tak od dłuższego czasu jest w przypadku GoGo Penguin, dlatego ostatnio pochodzący z Manchesteru zespół zagrał między innymi w warszawskiej Progresji.
Supportem na całej trasie jest brytyjsko-ugandyjski wokalista i autor tekstów Daudi Matsiko, który występuje solowo z gitarą lub sporadycznie z klawiszami. Jego utwory są niezwykle delikatne i oniryczne, z bardzo osobistymi tekstami, w których artysta opowiada o osobistych sprawach, w tym zmaganiach z problemami ze zdrowiem psychicznym, o których wspominał też w poruszających wystąpieniach pomiędzy poszczególnymi utworami. Występ niestety nie miał odpowiednich warunków, w klubie było trochę za głośno, mimo że nie był to jeszcze szczyt frekwencji. Sama muzyka Daudiego, nastrojowa i wzruszająca, na dłuższą metę trochę nuży, choć ma swój klimat. Może w skromniejszych okolicznościach można by lepiej przeżyć ten koncert.
Za to głównej gwieździe stworzono idealne warunki. Wkraczając na scenę, GoGo Penguin zostali przywitani niczym herosi rocka, choć sprawiają wrażenie trójki niezwykle skromnych i spokojnych facetów. Od początku, występowi towarzyszyło niemal idealne nagłośnienie (zatyczki w ogóle nie były potrzebne, choć zdaję sobie sprawę, że przy takiej muzyce może to nie jest aż taki wyczyn) – odpowiednio wyważone, a przede wszystkich krystalicznie selektywne, co jest szczególnie ważne w przypadku kontrabasu, który łatwo może zginąć w natłoku dźwięków. Ciekawe było też oświetlenie, zmienne, wielobarwne, dobrze współgrające z muzyką, choć osoba odpowiadająca za światła ma u mnie sporego minusa za świecenie stroboskopem po oczach. Ale to tylko szczegół. Najważniejsze było to, co działo się na scenie. Niesamowite jest to, ile wciąż da się wycisnąć z klasycznego dla jazzu trio fortepianowego. Niby wszyscy wszystko już zagrali, ale GoGo Penguin udowadniają, że wciąż istnieją przestrzenie, do których trzeba dotrzeć lub dalej warto je poszerzać. Z jednej strony, grupa nie gra wyłącznie jazzu, wplatając do swojej twórczości elementy muzyki współczesnej czy elektronicznej, a z drugiej, cały czas dbają o to, by ich brzmienie było świeże i nowoczesne (choćby przez stosowanie wspomnianej elektroniki). Zespół obecnie promuje zeszłoroczny album „Necessary Fictions”, który oczywiście miał największy udział w setliście, ale tak szczerze, to dobór utworów w przypadku takiej muzyki nie jest kluczowy, choć może mieć duży wpływ na dynamikę występu. Osobiście, najbardziej skupiłem się na wykonaniach i emocjach, których nie brakowało. Grupa zabrzmiała niesamowicie – idealnie zgrani, niemal zespoleni ze sobą w jeden, tętniący życiem organizm. Muzycy perfekcyjnie wykonywali swoje partie, odtwarzając na żywo gęste i skomplikowane struktury poszczególnych kompozycji, nadając im wyjątkowy kształt i dodatkowy wymiar. Nie brakowało momentów wyciszenia, ale miałem wrażenie, że zespół tylko bierze mały oddech przed kolejnymi wyzwaniami, którym, jak się okazywało, był w stanie sprostać za każdym razem. Widząc muzyków w akcji, w ogóle nie jestem zaskoczony ich popularnością, wiedząc już, czego potrafią dokonać na scenie.
Wieczór szybko dobiegł końca, bo czas nie zwalnia w tak wspaniałych momentach. Ostatecznie, uważam, że był to duży sukces artystyczny i frekwencyjny. Z klubu wychodziło się w pochodzie tłumu. W sumie miło, że aż tyle osób docenia taką muzykę, choć jazz chyba generalnie jest teraz dość modny. Zdecydowanie polecam koncerty GoGo Penguin i sam chętnie wybiorę się ponownie.
Views: 12

