Furia Gra Kino, Palladium, Warszawa, 21.05.2026 – Relacja

Od początku było wiadomo, że będzie to niezwykłe przedstawienie. Dosłownie i w przenośni. Akurat w Warszawie bardzo bezpośrednio, bo wydarzenie odbywało się w Palladium, które niegdyś funkcjonowało jako kino. Idealne miejsce, by odegrać spektakl Furia Gra Kino.

To, że Furia jest tworem osobnym, indywidualnym, to raczej jasna sprawa, zespół stanowi kategorię sam dla siebie. Swoją oryginalnością już dawno zawędrował w rejony niedostępne dla większości zespołów black metalowych (nie tylko polskich, rzecz jasna). Grupa Nihila występowała już na deskach teatralnych, grając do „Wesela” Wyspiańskiego, który to materiał ukazał się potem w wersji studyjnej jako „W Śnialni”. Teraz przyszła pora na srebrny ekran.

Od początku było wiadomo, że zespół będzie wykonywał swoją muzykę niejako w tle, tworząc podkład pod filmy wyświetlane na ekranie. Nie do końca umiałem to sobie wyobrazić, ale dość szybko zrozumiałem przyjęty koncept, oglądając go na żywo. Muzycy stali za wielką, umieszczoną z przodu sceny półprzezroczystą płachtą, na której pojawiały się kolejne obrazy. Motywem przewodnim były obszerne fragmenty produkcji dokumentalnej traktującej o budowie Spodka, obiektu kluczowego dla Śląska, będącego jego znakiem charakterystycznym, choć znając przewrotność Nihila, można się zastanawiać, czy wszyscy Ślązacy faktycznie aż tak kochają Spodek. Dokument wyświetlano nawet z narratorem, zespół wówczas grał nieprzeszkadzające, acz robiące klimat ambienty. Poza tym, muzycy wykonywali utwory Furii, którym towarzyszyły przeróżne materiały, w większości archiwalne nagrania pokazujące miasta, fabryki, kopalnie, życie zwykłych ludzi, czasem pojawiało się trochę abstrakcji. Wszystko doskonale zgrywało się ze sobą, zarówno materiały filmowe, jak i wykonywana przez zespół muzyka. A zadanie Panowie postawili sobie dość ambitne, bo koncertową setlistę zdominowały głównie dwa albumy – miażdżący, ostatni jak dotąd „Huta Luna” oraz bardziej awangardowy „Księżyc milczy luty”. Czyli było albo ciężko albo dziwnie, ewentualnie tak i tak jednocześnie. A poważnie, to całość była doskonale zestrojona. Zawsze uważałem, że Furia jest zespołem niezwykle polskim, wręcz słowiańskim, z dużym szacunkiem do tradycji, choć wydawałoby się, że wręcz ideowo powinni wszelkie jej przejawy brutalnie dewastować. Nic bardziej mylnego, głęboko zakorzeniony w twórczości zespołu gniew to efekt głębokiego smutku i rozczarowania, a nie bezproduktywne chuligaństwo. I to podejście było doskonale widać w Palladium. Muzycznie, każdy fan grupy powinien być raczej usatysfakcjonowany, choć podejrzewam, że niektórym mogło brakować starszych utworów.

Całość trwała około półtorej godziny, zgodnie z przewidywaniami. Przy takiej intensywności, to naprawdę w zupełności wystarczyło. Konferansjerki oczywiście właściwie nie było, choć nie zabrakło na koniec okrzyków „Warszawo!” wkomponowanych w ostatni utwór. Mała rzecz, a cieszy. To było wyjątkowe widowisko, w formacie, który mógł wymyślić i dopiąć tylko chory, choć fascynujący umysł Nihila. Ciekawe, czy inne zespoły nie podłapią podobnej formy, bo jest ona godna uwagi i wydaje się być otwarta na dalszą eksplorację.

Views: 9

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.