Wracamy do mniejszych, niepozornych koncertów, które często potrafią bardzo pozytywnie zaskoczyć. To powrót również do brzmień nieco bardziej progresywnych, przynajmniej połowicznie. Niedawno, dwa razy w Polsce wystąpił Myrath wraz z Roses Of Thieves. Poniżej relacja z warszawskiego koncertu w Hydrozagadce.
Węgierski support zrobił na mnie raczej pozytywne wrażenie podczas słuchania płyt studyjnych, ale podejrzewałem, że na żywo może być znacznie lepiej. Miło, że tym razem miałem rację. Roses Of Thieves to świeży zespół, istniejący dopiero od niecałych trzech lat, tworzony przez młodych ludzi, których ewidentnie prowadzi pasja do pisania i wykonywania muzyki. Mają na koncie dwa albumy, z których największe przeboje usłyszeliśmy w Hydrozagadce. Wiem, że piracki heavy metal z folkowymi akcentami brzmi strasznie na papierze, ale w tym przypadku to się całkowicie broni. Oczywiście, muzyka Węgrów jest nieco przaśna i ogniskowa, ale to niejako z założenia, więc nikt nie powinien się na to obrażać. To jest czysta zabawa, za to na wysokim poziomie kompozytorskim, w dodatku znakomicie wykonywana przez radosnych i zaangażowanych muzyków, którym sprawia to nieodpartą radość. Trzeba mieć naprawdę ogromne jaja, żeby tak bezczelnie i bez żenady wykonać cover „Boys – Summertime Love” Sabriny. Nóżka sama chodziła przez cały występ, a „White Wolf” do tej pory brzmi w uszach.
Na Myrath żarty się już nieco skończyły, choć tunezyjski zespół też ma sporo dystansu do siebie i nikt tu nie gwiazdorzy. Charyzmatyczny wokalista, Zaher Zorgati, szczerze podkreślał swoją sympatię do Polaków i wdzięczność z powodu okazywanej mu zawsze empatii i wsparcia. W Hydrozagadce również było to widać, bo ostatecznie frekwencja była co najmniej przyzwoita, a reakcje jak najbardziej żywiołowe, więc nastawienie artysty było w pełni zrozumiałe. Myrath zaprezentował się bardzo profesjonalnie, jakby grali dla znacznie większej publiczności, co jest godne szacunku. Zresztą, odnoszę wrażenie, że ten zespół jest już na takim poziomie artystycznym, że naprawdę zasługuje na większe uznanie i sceny, ale wiemy, że branża muzyczna jest wyjątkowo chimeryczna i nie każdy jest się w stanie przebić. Obecna trasa promuje świeżą, tegoroczną płytę „Wilderness of Mirrors”, którą usłyszeliśmy niemal w całości (bez dwóch utworów). Materiał jest bardzo obiecujący (nie ukrywam, że muszę go jeszcze więcej posłuchać) i doskonale sprawdza się na żywo. Utwory wywołują silne emocje, ale dobrze zgrywają się z dotychczasowymi dokonaniami Tunezyjczyków. Wisienką na torcie było wykonanie „Until the End” wraz z wokalistką Roses Of Thieves, Ivett Dudás. Poza tym, setlista była raczej przekrojowa, szczególnie ucieszyły mnie dwa utwory z „Tales of the Sands” (tytułowy oraz „Beyond the Stars”). Całość brzmiała bardzo dobrze, potężnie i selektywnie, a muzycy stanęli na wysokości zadania – nie zabrakło precyzji, ale i koncertowego, spontanicznego żywiołu.
To był zdecydowanie udany występ, chyba bardziej niż się spodziewałem. Warunki może skromne, ale przynajmniej intymne, za to wykorzystane maksymalnie. Myślę, że nikt nie mógł narzekać, zresztą, wychodząc z klubu, słyszałem same pozytywne opinie. Mając nadzieję zobaczyć następnym razem Myrath w większym miejscu, na mały koncert też na pewno się wybiorę.
Views: 12

