Ostrów Rock Festival, Zalew Piaski Szczygliczka, 25-26.07.2026 – Relacja

Ostrów Rock Festival to już stały punkt na naszej mapie koncertowej, choć pierwszy raz przybyliśmy tam jako 2/3 tej samej redakcji. Tegoroczna edycja była wyjątkowo mocna, ale też niezmiennie eklektyczna. Teren campingu przy zbiorniku (oficjalnie chyba nie jest to jezioro) Piaski-Szczygliczka jak zwykle oferował znacznie więcej niż koncerty w dwóch namiotach (ponownie mieliśmy dwie sceny – główną i małą). Do dyspozycji festiwalowiczów były punkty gastronomiczne (nie zabrakło m.in. chyba legendarnych już serów Lazur), stoiska nie tylko z płytami i merchem, ale też odzieżą, biżuterią, a nawet książką i gadżetami Krystiana Machnika z portalu napromieniowani.pl, który promował swoją książkę „Ostatni ludzie Czarnobyla”. Nie zabrakło też małej galerii obrazów (które na życzenie można było sobie nawet wytatuować, na szczęście w profesjonalnym studiu, po ówczesnym umówieniu się) przy małej scenie.

Organizacyjnie, praktycznie nie było się do czego przyczepić (nie liczę minimalnych, nieodczuwalnych obsuw czy drobnych problemów technicznych typu niedziałający przez chwilę mikrofon). Widać, że organizatorzy oraz obsługa techniczna uczą się z roku na rok, co było widać w dużej dyscyplinie czasowej, braku kolejek do wejścia na festiwal czy naprawdę dobrym dźwięku przez większość imprezy, z niewielkimi wyjątkami (duża poprawa względem zeszłego roku!). Tym razem pogoda dopisała przednio, więc namioty nie pełniły funkcji parasola, a organizatorzy dbali o przewiew, oczywiście w miarę możliwości.

Zespołem, który naprawdę z hukiem otworzył tegoroczny Ostrów Rock Festival był izraelski SCARDUST, który wykonuje symfoniczny metal o gotyckim zabarwieniu, w sam raz dla fanów takich grup jak Nightwish czy Epica. Zespół faktycznie zaprezentował się iście epicko, z niemal operowymi partiami wokalistki Noa’y Gruman, ale i zaskakującym coverem „Symphony” Clean Bandit.

Festiwal na małej scenie rozpoczął występ zespołu MERDU, który wygrał głosowanie w mediach społecznościowych organizatora. Panowie zagrali klasyczny, żywiołowy rock z elementami psychodelii, coś pomiędzy The Doors a Rival Sons.

Powrót pod główną scenę oznaczał koncert francuskiego ESTHESIS. Na płytach grupa brzmi dość spokojnie, czasem nieco jednostajnie, ale w Ostrowie zespół zabrzmiał wyjątkowo dynamicznie i mocno, choć występ nastawiony był bardziej na budowanie klimatu.

Kolejny zespół był moim faworytem tego dnia na małej scenie. Trójmiejska HAASTA wykonuje żywiołową i mocno rockową odmianę fusion, bez klawiszy, za to z dużym naciskiem na gitarę i bas. Do tego, muzycy znakomicie się ruszają, przez co występ był atrakcyjny również wizualnie, a nie tylko fonicznie. Grupa przedstawiła też nowy singiel zatytułowany „Mglisty Poranek”.

Następnie przyszła pora na kolejnego z moich faworytów, tym razem na głównej scenie. Bardzo czekałem na pierwszy występ AVKRVST w Polsce i cenię ostrowski festiwal właśnie za ściąganie takich kapel do naszego kraju. Norwegów lubię już od czasu debiutanckiego „The Approbation”, a jeszcze bardziej od utrzymującego wysoki poziom „Waving at the Sky”. Muzycy wykonali w Ostrowie utwory z obu tych płyt, bardzo technicznie i precyzyjnie, ale zachowując magiczną aurę i dbając o stronę emocjonalną.

Końcówka pierwszego dnia festiwalu była mocno doom metalowa. Na małej scenie finiszowała legenda polskiego podziemia lat 90-tych, zespół AION. Z nowym wokalistą (i dodatkową, choć szczerze mówiąc, niekoniecznie tam potrzebną, wokalistką) zespół powrócił po wielu latach, przymierzając się powoli do wydania nowej płyty. Występ Aion był bardzo klimatyczny, ale przeznaczony głównie dla wielbicieli tego rodzaju muzyki.

Występ JOHNA PORTERA może nie był tak oczywisty na ostrowskim festiwalu, ale organizatorzy przyzwyczaili już nas do pozornie kontrowersyjnych wyborów, które okazywały się strzałem w dziesiątkę. Tak było i tym razem! John Porter jest w połowie siódmej dekady swojego życia, ale daj Boże każdemu tyle zdrowia w tym wieku. Muzyk wykazał się świetną formą, zaraźliwą energią i brytyjskim poczuciem humoru. Utwory z kultowego albumu „Helicopters” zabrzmiały z nową mocą, tym bardziej, że lider ma w obecnym zespole młodych i bardzo utalentowanych muzyków (dawno nie słyszałem tak czysto i precyzyjnie granych solówek gitarowych!). Co za klasa!

MY DYING BRIDE jest jednym z kluczowych zespołów brytyjskiej sceny doom metalowej. Obecnie, po perturbacjach personalnych, grupa wróciła z nowym wokalistą, którym został Mikko Kotamäki z fińskiego Swallow The Sun (które zresztą wystąpiło w tym samym miejscu dzień później). Nie widziałem nigdy zespołu z Aaronem Stainthorpem w składzie, więc nie mam porównania, ale nie sądzę, by Mikko był największym problemem, choć śpiewał inaczej niż w swojej macierzystej formacji, bardziej manierycznie. Ten koncert miał swoją specyficzną atmosferę, ale bardzo jednostajne brzmienie mogło być trudne do przyjęcia dla kogoś, kto nie jest fanatykiem brytyjskiej formacji.

Początek drugiego dnia festiwalu to jedyny wyłącznie polski (nie licząc muzyków towarzyszących Johnowi Porterowi) akcent na głównej scenie. Panowie z łódzkiego LET SEE THIN zaprezentowali się godnie, bez kompleksów, z przyjemnymi wizualizacjami na ekranie za muzykami (w tym z teledyskiem do „Change”). Wokalista Łukasz Woszczyński nie porażał może konferansjerką, ale był w doskonałej formie, emocjonalnie wyśpiewując kolejne utwory z obu albumów grupy.

Znakomicie na małej scenie zaprezentowały się otwierające tam drugi dzień KONSTELACJE. Z ciekawą oprawą (muzycy w kombinezonach lotników, intro jak ze startującego samolotu), porażającą energią i charyzmą. Znać, że grupa otrzaskała się pod koniec zeszłego roku podczas trasy z Tides From Nebula. Zdecydowanie za krótko i szkoda, że na małej scenie, ale było tak ostro, że wokaliście aż poszła struna od gitary!

Bardzo ciekaw byłem jak wypadnie występ Brytyjczyków z IHLO na głównej scenie. Obawiałem się problemów z brzmieniem w namiocie, ale nic z tych rzeczy! Grupa faktycznie zabrzmiała potężnie, ale zaskakująco selektywnie, bardzo wyraźnie było słychać wokal, który w ogóle nie ginął w jednak dość ciężkiej i połamanej muzyce zespołu. Muzycy wykazali się sporą ruchliwością na scenie, nie tylko wokalista, choć ten najbardziej z racji zrezygnowania tym razem z jednoczesnego grania na klawiszach. Podobała mi się też pokora i dystans, o których świadczyło poczucie humoru wspomnianego już Andy’ego Robisona.

W międzyczasie na małej scenie zainstalował się DAMIAN SZEWCZYK, w duecie jedynie z perkusistą. Panowie zaprezentowali klasyczne hard’n’heavy z polskimi tekstami. Co ciekawe, nawet nie brakowało innych instrumentów, nawet gitary, bo bas lidera często imitował jej brzmienie. Swego rodzaju gratką było całkiem zgrabne wykonanie „Jest Taki Samotny Dom” Budki Suflera z dodatkową wokalistką.

Na głównej scenie przyszła pora na właściwie jedyny klasycznie prog rockowy występ podczas tegorocznej edycji Ostrów Rock Festival. Wspaniale, że padło właśnie na LEE ABRAHAM BAND. Ktoś mógłby powiedzieć, że gitarzysta regularnie pojawia się u nas z macierzystym Galahad i byłaby to prawda (muzyk sam o tym wspomniał), ale uwaga, uwaga, był to pierwszy występ jego solowego projektu poza Wielką Brytanią! To naprawdę spore wyróżnienie. Ze sceny popłynął ciepły, przyjemny rock neoprogresywny z doskonałymi solówkami i niezłym śpiewem lidera. To była bardzo miła odmiana.

Drugi dzień na małej scenie zamknął IMAGINATURE. Grupa wykonuje symfoniczny metal z gotyckim posmakiem na dwa, damsko-męskie wokale. Nie wiem na ile była to kwestia akustyki w małym namiocie, ale zespół zabrzmiał za głośno, mocno dudniło, a zwłaszcza damski głos był mało przekonujący.

Dopiero w tym momencie pod główną sceną zrobiło się naprawdę tłoczno. SWALLOW THE SUN odwiedza nasz kraj w miarę regularnie, w Polsce nie brakuje im fanów, co było widać po koszulkach. Mikko Kotamäki wreszcie pokazał na co naprawdę go stać – mniej pozy (choć nie tak zupełnie, ale pamiętajmy, że tego w pewnym sensie wymaga obrana przez grupę stylistyka), więcej otwartego śpiewu i ryku. Zespół zabrzmiał potężnie, robiąc piorunujące wrażenie. Setlista była mocno przekrojowa, sięgała również do starszych płyt, przez co nie zabrakło chociażby „Hope”, „Out of This Gloomy Light”, „Descending Winters” czy silnej reprezentacji albumu „New Moon” („Falling World”, „These Woods Breathe Evil” i tytułowego).

Tegoroczną edycję Ostrów Rock Festival zamknął występ legendarnej gotycko-metalowej formacji TIAMAT. Szwedzi od lat nie są już aktywni studyjnie, ale ich koncerty do tej pory budzą silne emocje. Niestety też kontrowersje, z uwagi na niestałą kondycję wokalisty Johana Edlunda. Trudno powiedzieć w jakim stanie umysłu lider Tiamat był w Ostrowie, ale zaśpiewał na miarę swoich możliwości – klimatycznie, choć nie zawsze czysto, ale pamiętajmy, że Johan nigdy nie był wybitnym wokalistą. Na scenie zachowywał się przedziwnie, ale miejmy nadzieję, że bardziej z powodu ekscentryzmu niż używek. Grupa ogólnie zabrzmiała ciężko i monumentalnie, choć setlista nie obejmowała wyłącznie albumów „Clouds” i „Wildhoney”, więc wcześniejsze zapowiedzi były lekkim wprowadzeniem w błąd.

To była bardzo udana edycja ostrowskiego festiwalu. Organizacyjnie i technicznie rewelacja, niemalże nie było się do czego przyczepić. Stylistycznie impreza skręca coraz bardziej w stronę ciężkich brzmień, co niejako wymusza koniunktura – łatwo ocenić ilu fanów przyjeżdża na festiwale metalowe, a ilu na typowo progresywne. Jest już kilka zespołów ogłoszonych na przyszły rok (Solstafir, Lazuli, 69 Eyes i Art Of Illusion) – zapowiada się równie ciekawie.

Views: 55

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.