(22.06.2026, własnym sumptem)
- The time is running out 04:14
- Are we all in abuse 05:09
- Path to a scapegoat 04:50
- Chasing the truth 05:12
- Serotonin 05:07
- Having hope 04:56
- Life 06:04
RSM to skrót od Rafał Szewczyk Music, co oznacza po prostu solową twórczość gitarzysty znanego wcześniej z nieodżałowanego Smash The Crash. Rafał słynie z eklektycznego brzmienia, ciekawych pomysłów i raczej luźnego podejścia do swojej twórczości. Wszystko to zgadza się na „Life is…”.
Artysta ma na koncie już sporo rożnych nagrań, licząc debiutancki „Soundscapes” i EP-kę „I see my girl in the trees”, recenzowane przeze mnie obecnie wydawnictwo będzie trzecią dużą, a czwartą w ogóle płytą Rafała, oczywiście nie uwzględniając singli. Tym, co dosłownie rzuca się w oczy najbardziej, jest nietuzinkowy sposób fizycznego wydania albumu – nie kompakt, nie winyl, a…pendrive! Kiedyś taką formę (między innymi) zaproponował przy okazji swojej ostatniej płyty Lion Shepherd, więc nie jest to zupełna nowość, ale i tak zaskakująca ciekawostka.
Jeśli chodzi o samą muzykę, powiedziałbym, że pomysł i stylistyka twórczości lidera projektu nie uległy szczególnym zmianom od recenzowanego przeze mnie niegdyś krążka „NO!”. Głównym instrumentem jest tu gitara, co w pełni zrozumiałe, ale nie jest to typowe wirtuozerskie maltretowanie gryfu z celem pobicia rekordów metrum, ale przemyślane granie z dbałością o kompozycje i ciekawe aranżacje. Rafał nie próbuje być oryginalny na siłę, nie wymyśla koła na nowo, ale prezentuje zdecydowanie coś więcej niż tylko solidne rzemiosło. Większość utworów ma swój ciężar, ale też niebanalną przestrzeń, czy to instrumentalnie („The time is running out”, „Having hope” z barwnymi partiami saksofonu) czy w wersji wokalnej („Are we all in abuse”, „Life”). Muzyk potrafi nawet zahaczyć o bluesa („Path to a scapegoat”) i progresywne zakrętasy, których nie powstydziliby się panowie Vai czy Satriani („Chasing the truth”, „Serotonin”). Całość jest mocno zróżnicowana i trudna do jednoznacznego zdefiniowania. Nie jest to typowy hard rock czy nawet prog rock, choć do tego ostatniego muzyce Rafała najbliżej, zwłaszcza w wydaniu mocno czerpiącym z brzmień fusion. Na fizycznej wersji albumu znajdziemy jeszcze dwa dodatkowe utwory, ale pochodzą one z poprzednich wydawnictw Rafała („The Nefarious” i „I see my girl in the trees”).
Ostatnimi czasy ciężko narzekać na nadmiar polskich nowości na poletku progresywnym, dlatego „Life is…” sygnowane przez RSM to powiew świeżego powietrza, którego wszyscy (mam tu na myśli fanów prog rocka, rzecz jasna) tak bardzo potrzebujemy. Tak jak wspomniałem, nie jest to może typowa muzyka progresywna w klasycznym rozumieniu gatunku, ale w sposobie myślenia o kompozycji już tak, a jak wiadomo, zwykle to jest zdecydowanie ważniejsze.
Views: 9


