Wolfpack Heading Nowhere – S/T
(13.07.2026, Piranha Records)
- Flesh From Flesh 01:40
- Wolfpack Heading Nowhere 04:07
- Die in an Ivy Barbered Wire 05:53
- Endure 05:43
- Over The Tide 04:58
- Tiny Pieces 04:58
- Overseer 05:43
Chyba wciąż w środowisku metalowym pokutuje przekonanie, że muzyka gotycka to wyłącznie żenada, obciach, wstyd i w ogóle najlepiej byłoby ją po całości zaorać i zakopać. Nie bawiąc w się pseudo-psychologiczne poszukiwanie przyczyn tak dziwacznej postawy, odnoszę wrażenie, że współcześni metalowcy jednak powoli odrzucają kompleksy i sięgają po bliskie im, niegdyś lub wciąż, brzmienia, żeby zacząć się nimi wreszcie bawić i czerpać z nich przyjemność. A jak wiadomo, radość muzyków nieraz przekłada się na korzyść dla słuchaczy. Takim tropem ewidentnie poszła sfora Wolfpack Heading Nowhere przygotowując materiał na swój debiutancki, niezatytułowany album, który ukazał się w tym roku.
Zespół tworzą artyści znani z naprawdę ekstremalnej sceny, z kapel, w których próżno szukać miękkiej gry – Stellar Blight, Shodan, Embrional, Hellfuck, Azarath, THVN czy Owls Woods Graves, co skłania mnie do refleksji, że panowie chyba postanowili trochę odpocząć i pograć bardziej melodyjnie.
Metal gotycki ma co najmniej kilka rożnych definicji. Moje rozumienie tego rodzaju muzyki musi być zbieżne z podejściem i gustem członków Wolfpack Heading Nowhere, bo zamiast damskiego, niby operowego wokalu i syntetycznych klawiszy otrzymujemy męskie, wręcz samcze granie (w końcu to wilki), ale niepozbawione udręczonej, romantycznej duszy. W materiałach promocyjnych jako inspiracje zostały wskazane takie kapele jak Type O Negative, The Cult czy Tiamat, z czego zdecydowanie najbardziej słychać tę pierwszą. Od siebie dorzuciłbym jeszcze klimat Moonspell („Wolfpack Heading Nowhere”) i Paradise Lost („Tiny Pieces”) oraz okazjonalne skojarzenia z Alice In Chains („Die in an Ivy Barbered Wire” z niemal progresywnym pasażem z gitarą akustyczną). Poszczególne utwory są generalnie oparte na mocnych, gitarowych riffach, chwytliwych motywach i dość szybko zapadających w pamięć melodiach. Do tego dochodzą przepiękne, soczyste, lekko chropowate solówki gitarowe. Ogólnie rzecz biorąc, ciężkie lata 90-te są tu odmieniane przez wszystkie przypadki, z czym nie będzie miał problemu żaden fan tego typu brzmień. Choć pojawiają się też nieoczywiste smaczki jak organy Hammonda w „Over The Tide” czy kontrabas w miniaturowym „Flesh From Flesh”, które otwiera wydawnictwo.
Z tego co udało mi się przeczytać w jednym z wywiadów wynika, że grupa nie zamierza kończyć działalności, zatem nie będzie to jednorazowy skok w bok. Wręcz przeciwnie, są planowane koncerty i nagranie kolejnego materiału. Dobrze, bo Wolfpack Heading Nowhere wypełnia lukę tam, gdzie niektórzy się wstydzą lub nie mają dobrego pomysłu.
Views: 6
