Są takie koncerty, na które chodzi się dla czystej przyjemności lub z ciekawości, by przekonać się, jak dany artysta wypada na żywo. Można też wybrać się na występ, na którym zwyczajnie nie wypada nie być. To były te wszystkie trzy przypadki razem wzięte. W ostatnią niedzielę GEORDIE GREEP wystąpił w warszawskim Niebie.
Muzyka kojarzę jeszcze z przecież nie tak dawnych czasów formacji Black Midi, niestety nie dane mi było zobaczyć jej na żywo. Tym bardziej zależało mi, by teraz nadrobić to, choć już w innej formie. Geordie nie wykonuje na solowych koncertach utworów swojej dawnej grupy, a szkoda, ale być może musi upłynąć trochę więcej czasu, by zatęsknił za tamtą muzyką.
Mimo, że pogoda tego wieczoru była już dużo łaskawsza, w klubie była zaskakująco gorąca atmosfera, dosłownie i w przenośni, co może przy wyprzedanym koncercie nie powinno aż tak bardzo dziwić. Występ rozpoczął się z wynoszącym prawie 25 minut opóźnieniem, co było trochę słabe, zwłaszcza, że przed główną gwiazdą nie było żadnego supportu, ale ostatecznie fani przywitali pochodzącego z Londynu artystę ciepło. Na scenie towarzyszyła mu mała orkiestra (łącznie z liderem – 10 osób!), obejmująca, poza podstawowym instrumentarium, również pianino, dodatkowe instrumenty perkusyjne, wibrafon, wiolonczelę i dwuosobową sekcję dętą (trąbka i puzon). Dawało to duże pole do popisu, z którego muzycy skrzętnie korzystali. Materiał z debiutanckiej solowej płyty Geordie’go, „The New Sound”, był tylko punktem wyjściowym do licznych improwizacji i pasaży, które urozmaicały brzmienie i prowadziły muzyków w mniej bezpieczne terytoria. Uważam, że był to bardzo ciekawy i nietuzinkowy pomysł (choć w świecie jazzu, z którego lider też mocno czerpie, raczej standardowa praktyka), ale nad wykonaniem należy jeszcze popracować. Nie chodzi absolutnie o technikę, bo ta była nienaganna, dawny szef Black Midi otoczył się znakomitymi muzykami, ale o dynamikę, która momentami cierpiała, szczególnie w tych najbardziej awangardowych momentach. Znakomicie oglądało się, gdy Geordie dyrygował swoimi muzykami niczym w prawdziwej orkiestrze, w czym przypominał nieco Michaela Girę, choć na szczęście nie znęcał się nad perkusistami, z czego słynie kierownik Swans. Jednak, spontaniczność trochę brała górę nad harmonią i czasem nie było wiadomo, czego my tak naprawdę słuchamy. Przeciwny biegun było widać, gdy zespół wykonał dość wiernie „Holy, Holy” – publiczność ruszyła wówczas w dziki taniec, którego ewidentnie niektórzy potrzebowali! Generalnie, grupa kapitalnie rozkręcała się w tych bardziej jazzowych i funkowych fragmentach, choć z przyjemnością podziwiałem też partie solowe poszczególnych instrumentalistów.
Nie sugerujcie się krytycznym tonem powyższej relacji, to był bardzo udany koncert. Jednak moim zdaniem, Geordie Greep jest nadzieją światowej sceny alternatywnej i awangardowej (a nawet progresywnej), dlatego wymagam od niego więcej niż od innych! Liczę na dalszy duży rozwój artysty i chętnie zobaczę go na scenie kolejny raz.
Views: 22

