Polskie koncerty New Model Army zawsze przyciągają licznych fanów…nie tylko z Polski! W swojej ojczyźnie Brytyjczycy mają niezwykle oddanych zwolenników, którzy potrafią jeździć za nimi po całym świecie. Dlatego ostatnio w warszawskiej Progresji często było słychać angielski nie tylko ze sceny.
Support był polski, ale śpiewający w tym samym języku co główna gwiazda. Pochodząca z Białegostoku formacja Dorian’s Steaming Shadow wykonuje muzykę bardzo pasującą do New Model Army. Surowy, bardzo brytyjsko brzmiący post-punk z gotyckimi naleciałościami i wszechobecnym mrokiem był idealną przystawką. Zespół zachowywał się na scenie może nieco statycznie, ale za to bardzo nadrabiał wokalista swoim mocnym, niskim głosem.
Z tymi licznymi fanami na początku może trochę przesadziłem, bo frekwencja nie była powalająca, ale też o wstydzie nie było mowy. Prawdopodobnie przyczynił się do tego termin, bo środek tygodnia na początku wakacji niekoniecznie jest najprzychylniejszym momentem dla koncertów klubowych. Przynajmniej warunki były dość komfortowe, choć z czasem zrobiło się ciepło, być może za sprawą coraz mocniej rozkręcających się pod sceną miłośników pogo. Grupa Justina Sullivana została jak zwykle gorąco przywitana i od razu ruszyła z kopyta. Spodziewałem się setlisty podobnej do tej z trasy promującej „Unbroken”, ale ewidentnie nie doceniłem ambicji muzyków. Z ostatniej płyty zagrali jedynie „First Summer After”, a poza tym było bardzo przekrojowo, z zaskakująco dużym naciskiem na „Impurity” i „The Love of Hopeless Causes”, które nie wydają się być pierwszymi wyborami spośród najbardziej popularnych albumów zespołu. Może właśnie dlatego zostały tak mocno przypomniane. Z największych, co bardziej oczywistych hitów wskazałbym przede wszystkim „51st State”, „The Hunt” i „Stupid Questions”, a reszta to już raczej swobodna przejażdżka po dyskografii Anglików tylko im znanym kluczem. Było zdecydowanie mocno i surowo, choć nie zabrakło paradoksalnie ciepłego „Winter” czy apokaliptycznie brzmiących dodatkowych bębnów w kilku kompozycjach. Pojawiały się okrzyki osób proszących o konkretne piosenki, ale lider z firmowym sarkazmem skwitował to „Krzyczcie do woli. Możecie wybierać z 250 [utworów], a i tak ich nie zagramy.” Zabrakło jakiegokolwiek nowego materiału, ale Justin Sullivan szczerze przyznał, że jeszcze nie zaczęli go tworzyć. Pozostając przy postaci szefa New Model Army, z lekkim szokiem sprawdziłem, że całkiem niedawno skończył on 70 lat! Mam wrażenie, że czas zatrzymał się dla niego jakieś 15 lat temu, bo nadal śpiewa z podobną werwą i komentuje z tą samą żarliwością, punktując w szczególności zakłamanych polityków i mącących populistów.
To był bardzo dobry, choć dość surowo brzmiący koncert, mam wrażenie, że skierowany głównie do najwierniejszych fanów. Tacy na pewno byli ukontentowani, ale myślę, że nikt nie miał prawa narzekać, bo zespół jak zwykle dał z siebie wszystko i zagrał w swoim stylu. Czekamy na kolejne występy, oby w przyszłym roku i z nową płytą.
Views: 38

