Castle Rat + Diving Stove, Niebo, Warszawa, 04.08.2026 – Relacja

Środek wakacji, środek tygodnia, a małe koncerty klubowe wyprzedają się na długo przed datą wydarzenia. Tak było w przypadku ostatniego występu Castle Rat w warszawskim Niebie. Fenomen nowojorskiej grupy może mieć kilka przyczyn. Jedno to muzyka, klasyczny heavy metal z elementami epickiego doomu w stylu lat 80-tych i stylistyka czerpiąca z uniwersum Conana Barbarzyńcy, choć w nieoczywisty sposób, wszak mamy tu silną protagonistkę, a nie typowego macho bohatera. Rat Queen to moim zdaniem, druga z najważniejszych przyczyn popularności grupy – adorowana przez mężczyzn i podziwiana przez kobiety, których było w Niebie zaskakująco dużo, ale to dobrze.

Supportem był stołeczny zespół Diving Stove, młoda ekipa parająca się radosnym i nieskrępowanym heavy metalem pomieszanym z thrashem. Gołe klaty, tatuaże, dużo ruchu, trochę buńczuczni i bezczelni, wszystko się zgadza. Kapela kipi energią i zapałem, ale słychać, że warsztat warto jeszcze doszlifować. Myślę, że jak grupa bardziej wyrobi się technicznie i kompozytorsko (obecnie, jest jeszcze trochę chaotycznie), to będziemy mieć mocnego zawodnika na polskiej, młodej scenie metalowej. Miłym akcentem były covery Wolf Spider i Black Sabbath.

To, co uderzyło mnie od razu, jak tylko Castle Rat wyszedł na scenę, to profesjonalizm i oprawa. Wszystko w odpowiednim klimacie – fajne światła, sztandar, wielkie logo zespołu na ekranie za muzykami, stroje tych ostatnich i dodatkowa artystka, którą najprościej chyba określić aktorką – odgrywała rolę zakapturzonej postaci (później okazało się, że pod płaszczem ma gorset) z kosą, w wielkiej masce szczura. Wróciła pod koniec występu, by stoczyć i wygrać walkę z Rat Queen, która następnie została wskrzeszona i ostatecznie pokonała swojego adwersarza. Trudno nie uśmiechnąć się ironicznie pod nosem widząc taki spektakl, ale jeśli schować swoje zadęcie do kieszeni i przyjąć panującą tu komiksową stylizację, to wszystko zostało fachowo przygotowane, zachowując wszelkie cechy konwencji fantasy z przymrużeniem oka. A sam koncert? Nienaganna technika, znakomite solówki gitarzysty i bardzo klimatyczne wykonania. Grupa ma na koncie dwa albumy studyjne, w tym zeszłoroczny „The Bestiary”, który mocno zdominował setlistę, choć nie zabrakło również kilku utworów z debiutanckiego „Into the Realm”. Uważam, że akurat twórczość Castle Rat jest na tyle jednolita, że nie ma aż takiego znaczenia co grają, bo i tak większość kawałków utrzymanych jest w średnich tempach z okazjonalnymi przyśpieszeniami. Brakuje kilku szybszych bangerów, które trochę ożywiłyby występ, ale może jeszcze przyjdzie na nie czas w przyszłości.

Bardzo dobry koncert, choć dla mnie to jest zespół raczej na część lineup’u festiwalu czy większej imprezy niż samodzielnego headlinera, ale liczby mówią same za siebie – fani docenili i nie brakowało ich. Ciekawie oglądało się heavy metal w eleganckim Niebie, ale dobrze, że jest tam coraz więcej rocka i metalu, bo to przyzwoity klub z bardzo dobrym nagłośnieniem, co kolejny raz tylko się potwierdziło.

Views: 14

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.