Uruchamianie jakichkolwiek nowych inicjatyw, zwłaszcza tak dużych i w tak niestabilnej branży jak muzyczna, zawsze jest ryzykowne, ale nie dziwi mnie, że podjęło się tego prężnie rozwijające się Winiary Bookings. Dwa dni, dwie sceny, 24 zespoły, same zagraniczne. Niedawno zakończyła się pierwsza edycja Summer Punch Festival.
Może ryzyko jednak nie było aż tak duże, bo w sumie zainteresowanie imprezą od początku było ogromne, więc łatwo było przekalkulować, że frekwencja będzie szła w tysiącach, a nie setkach. Nie widziałem jeszcze oficjalnych statystyk, ale pod obiema scenami nieprzerwanie były duże tłumy.
Parę słów o organizacji. Przy tak dużym przedsięwzięciu i naprawdę potężnych rozmiarów obszarze, nie jest łatwo to ogarnąć, dlatego w pełni zrozumiała była niemal armia obsługujących to wszystko ludzi, włącznie z zabezpieczającą całość od zewnątrz policją. Nie było problemów z uzyskaniem niezbędnych informacji, zresztą wszystko było w internecie, na rozdawanych broszurach i znakach na terenie imprezy. Poza tym, takie rzeczy jak merch, gastronomia czy toalety wyglądały mniej więcej jak na większości dużych festiwali, włącznie z możliwością zrobienia sobie tatuażu, co zdaje się być nową modą, choć dla mnie w tych warunkach nie do końca zrozumiałą. Ogromnym plusem była rozdawana za darmo woda, co przy dość wysokich temperaturach, szczególnie drugiego dnia, prawie dosłownie ratowało życie.
Festiwal rozpoczął na małej scenie (Punch Stage) amerykański RAIN CITY DRIVE. Energiczny i melodyjny post-hardcore dobrze zabrzmiał i stanowił reprezentatywne preludium do dalszych wydarzeń, choć takie brzmienia dominowały raczej drugiego dnia, w przeciwieństwie do metalcore’owego pierwszego.
I tu płynnie przechodzimy do pierwszego przedstawiciela wspomnianego gatunku na dużej scenie. Rodacy RCD z SILENT PLANET (generalnie, wiele kapel na festiwalu pochodziło ze Stanów) mocno dołożyli do pieca na dużej Summer Stage i pokazali jak grać nowoczesny, zróżnicowany metalcore z delikatną domieszką elektroniki (bardzo popularne w tej chwili brzmienia, wszechobecne na Summer Punch).
Występujące na Punch Stage HOUSE OF PROTECTION było dla mnie pierwszym dużym zaskoczeniem, bo nie spodziewałem się takiej energii! Tylko dwóch gości, gitarzysta i perkusista, obaj śpiewają i szaleją, włącznie z graniem w środku mosh pitu i wspinaniem się na konstrukcję sceny (ten pierwszy) czy staniem na talerzu perkusyjnym na rękach ludzi (ten drugi).
Występ SET IT OFF był pierwszym z trzech dość podobnie brzmiących kapel pierwszego dnia. Ciężko, ale melodyjnie, wręcz słodko, ale Amerykanie zwrócili na siebie uwagę energią, charyzmą i dobrym kontaktem z publicznością.
Podobnie można napisać o CATCH YOUR BREATH, choć oni grają nieco mniej dynamicznie od swoich poprzedników i mieli trochę problemów technicznych na początku (zero wokalu, coś nie tak z gitarami), ale ostatecznie wyszli z tego obronną ręką.
Dużą gratką dla wszystkich fanów nu-metalu był na pewno występ P.O.D. Na dużej scenie, ale w środku dnia, co nie dla wszystkich mogło być zrozumiałe, ale zdaje się, że zespół podszedł do tego z pokorą, bo nie komentowali tego i zagrali z pełną mocą, jakby byli headlinerami. „Satellite”, „Youth Of The Nation” i „Alive” śpiewali wszyscy.
Jak na dzisiejsze standardy, BURY TOMORROW to już stara gwardia metalcore’u, bo brytyjska kapela istnieje od 20-tu lat i wciąż działa sprawnie. Znać nieco inne podejście, melodyjna, ale jednak rzeźnia. To było konkretne show z dobrym kontaktem z fanami pod sceną.
Francuski LANDMVRKS był jednym z moich faworytów na festiwalu. Całe szczęście, że na dużej scenie i z bogatą oprawą – to był pierwszy, choć nie ostatni występ z pirotechniką! Początkowo, brzmienie nie było najlepsze, ale muzycy znakomicie nadrobili to energią i zaangażowaniem, wykonując głównie utwory z zeszłorocznej, świetnej płyty „The Darkest Place I’ve Ever Been”.
BILMURI domknęli na małej scenie trylogię ciężkiego i słodkiego metalcore’u. Pierwszy raz w Polsce, bez jakichkolwiek kompleksów, za to z rozbrajającą radością, żartami w stylu „chyba mi stanął” i damsko-męskimi wokalami, przy czym wokalistka grała też na saksofonie i flecie (tylko bez głupich żartów, proszę!).
BABYMETAL to historia o tym, jak z ciekawostki stać się gwiazdą. Nie trzeba lubić „japońszczyzny”, by słuchać zespołu, ale na pewno przydaje się to, by zrozumieć specyficzną koncepcję i określoną estetykę, która decyduje o charakterze muzyki grupy. To był bardzo profesjonalny i dynamiczny spektakl, wypełniony muzyką, tańcem, wizualizacjami, ogniem i hitami, choć zabrakło „Karate”.
Finałowym zespołem pierwszego dnia na małej scenie był szwajcarski PALEFACE SWISS. I choć nie wiem, jakim cudem grupa nagle zyskała aż taką popularność, to trzeba przyznać, że ilość odtworzeń na streamingach mają imponującą (sporo ludzi miało na sobie też ich koszulki, nawet jeśli kupione dopiero na festiwalu). To był zdecydowanie najcięższy zespół całego festiwalu, panowie zagrali bardzo sprawnie i nie brali jeńców (jako jedyni mieli pirotechnikę na małej scenie).
Główną gwiazdą pierwszego dnia Summer Punch byli, absolutnie zasłużenie, BAD OMENS. Potężne brzmienie i poważna produkcja, rozbudowane konstrukcje świetlne tworzące znakomity klimat i dające głęboką przestrzeń, dym, ogień i doskonałe wykonania poszczególnych utworów, takich jak „Specter”, „The Death Of Piece Of Mind”, „Dying To Love”, „Concrete Jungle”, „Just Pretend”, „Like A Villain”, „Nowhere To Go”, „Limits” czy „Dethrone”. W ogóle nie dziwi mnie, że średnio co dziesiąta osoba na festiwalu miała na sobie ich koszulkę. Dobrze powiedział szef Progresji, pan Marek Laskowski, że to jest wielki zespół.
Drugiego dnia emocje nie stygły. Festiwal rozpoczął się od występu ZERO 9:36 na małej scenie. Rap-metal w stylu lat 90-tych, ale nowocześnie brzmiący i podany ze świeżą energią. Nie wiedziałem, że czekałem na ten koncert!
DEAD BY APRIL to, podobnie jak Bury Tomorrow, taka mała klasyka europejskiego metalcore’u, bo istnieją prawie 20 lat, ale grają zdecydowanie lżej i ładniej. Na dużej scenie Szwedzi zabrzmieli dobrze i zaprezentowali się profesjonalnie, choć momentami zastanawiałem się, czy głos gitarzysty nie szedł częściowo z taśmy.
TOUCHE AMORE to kolejny z moich faworytów, tym razem na małej scenie. Ten koncert przebiegł dokładnie tak, jak sobie go wyobrażałem. Szczere emocje, zero zbędnej oprawy, sama muzyka, absolutne zaangażowanie i pełna pasji intensywność. Idealny post-hardcore, serce zostawione na scenie. Do tego „Reminders” zadedykowane pochodzącemu z Polski managerowi grupy.
Pochodzący z Japonii MAN WITH A MISSION można potraktować jako ciekawostkę, występ cudaków w maskach wilków, ale ich mieszanka punku, rocka i elektroniki zaskakująco dobrze się sprawdza. Rozkręcili imprezę na dużej scenie, dokładając do tego cover „Thunderstruck” AC/DC.
Koncert WARGASM na Punch Stage też był dla mnie co najwyżej nowinką, możliwością sprawdzenia kapeli, o której trochę czytałem. Uprawiana przez Anglików mieszanka punku, rapu i industrialu ma swój klimat, ale oceniam ich występ jednak jako mocno chaotyczny i trochę na siłę prowokacyjny.
Mało porywająca była moim zdaniem również YONAKA. Tak jak Wargasm, pochodzą z Anglii, brzmią zdecydowanie bardziej elegancko, ale w festiwalowym zestawie wypadli trochę blado, zbyt zwyczajnie rockowo, choć mocny głos wokalistki Theresy Jarvis ma ładną barwę, a końcówka występu była nieco mocniejsza. Wciąż, to trochę za mało na dużą scenę.
Za to na małej nieźle rozkręcili się panowie ze SMASH INTO PIECES. Ponownie mieliśmy do czynienia ze słodką odmianą ciężkiego metalcore’u, która lepiej brzmiałaby pierwszego dnia, choć mogłaby zlać się z innymi, podobnymi do nich kapelami. Szwedów wyróżniło mocne, nowoczesne brzmienie i fajne wizualizacje w stylu gier komputerowych.
Kolejny zespół to następny z moich faworytów, fajnie, że dużej scenie. ALEXISONFIRE wystąpili w Polsce po raz pierwszy i nawet samym muzykom było głupio, że dotarcie do naszego kraju zajęło im 25 lat. Grupa zaprezentowała się bardzo szczerze i bezkompromisowo, w podobny sposób jak Touche Amore. To był podobny rodzaj emocji, bo i hardcore-punkowy rodowód obie grupy mają mocno zbliżony. Efekty nie były szczególnie potrzebne, wystarczył żar, nie tylko ten lejący się z nieba. Udzieliło się nawet wokaliście, który podarł koszulkę i zniszczył statyw. Rock’n’roll!
Nie do końca wiedziałem czego spodziewać się po SHOW ME THE BODY, ale ich występ bardzo mocno wyróżnił się na festiwalu absolutną surowością i niezależnością. Zero umizgów, totalna „wyjebka”, punkowy etos, choć podany z nowoczesną manierą, w lekko industrialnym odcieniu. Było to ciekawe, choć bardziej pasowałoby do ciemnego klubu niż jasnego pleneru.
Przedostatni zespół na Summer Stage nie był headlinerem, ale na pewno bardzo by chciał. Parcie na szkło PALAYE ROYALE jest niemal ujmujące, ale nie można odmówić muzykom talentu, charyzmy i wykonywanej przez nich ciężkiej pracy. Podejrzewam, że jeszcze nie osiągnęli takiego sukcesu, jakby chcieli, ale myślę, że mają do tego wszelki potencjał. Na festiwalu zaprezentowali się z wyjątkowo przebojowej strony, a wokalista zaserwował znakomite show, wdrapując się na wieżę ekipy technicznej czy płynąc na fali rąk fanów…pontonem!
Dwa ostatnie koncerty należały do zdecydowanie najlepszych, nie tylko drugiego dnia, ale i całego festiwalu. Finałowy występ na małej scenie należał do DON BROCO. Osobiście, zamieniłbym ich z Yonaką, ale nie można mieć wszystkiego. Anglicy całkowicie pozamiatali, nie było czego po nich zbierać, dobrze, że już nikt później nie występował na małej scenie. Zachwycili potężnym brzmieniem, energią i charyzmą, wyborem właściwie samych hitów („True Believers”, „Nightmare Tripping”, „Gumshield”, „Come Out To LA”, „Pretty”, „Disappear”, „Everybody” czy „Cellophane”) i odwagą (wokalista i gitarzysta występowali przez chwilę w środku bardzo intensywnego circle pitu). Obiecali wrócić.
Główną gwiazdą pierwszej edycji festiwalu Summer Punch był zespół THREE DAYS GRACE. Kanadyjczycy grali u nas wielokrotnie, ale frekwencja i chóralne odśpiewywanie całych utworów pokazało, że zainteresowanie grupą nie maleje, a nowych fanów wciąż przybywa. Nie ukrywam, że panowie zaskoczyli mnie aż tak dużą mocą swojego brzmienia. Dużym atutem jest też dwóch wymieniających się swoimi partiami wokalistów, to nadaje zupełnie inną dynamikę występu. Z takim dorobkiem, średnio co drugi ich singiel jest co najmniej sporym przebojem, więc o dobrą setlistę nie było trudno, a znalazły się w niej między innymi „Dominate” (znakomity początek koncertu!), „Animal I Have Become”, „I Am Machine”, „Time of Dying”, odśpiewany przez wszystkich „I Hate Everything About You”, „The Good Life”, „Painkiller”, „Never Too Late” z odpalonymi przez publiczność latarkami i „Riot” na sam koniec.
To był bardzo udany festiwal, zwłaszcza jak na pierwszą edycję. Do samej organizacji nie mam uwag, muzycznie można pomyśleć na przyszłość o nieco większym zróżnicowaniu stylistycznym i bardziej pójść w jakość niż ilość, co szczególnie pokutowało drugiego dnia. Jednak klimat i możliwość odkrywania nowej muzyki co chwilę są nie do przecenienia i za to należą się organizatorom ogromne gratulacje. Jest już ogłoszona data przyszłorocznej edycji, więc nie ma co się zastanawiać – wpisujcie do kalendarza!
Views: 24

