Czasem mówię, że gdy gdzieś nie bardzo chce nam się iść, to tym bardziej powinniśmy to zrobić. Quidam widziałem w zeszłym roku trzy razy, więc zastanawiałem się, czy zespół będzie jeszcze w stanie mnie czymś zaskoczyć. Wybrałem się jednak na koncert w Terminalu Kultury na warszawskim Gocławiu z uwagi na 35-tą rocznicę działalności grupy i specjalnych gości zaproszonych z tej okazji. Popełniłbym ogromny błąd, gdybym tam nie poszedł.
Porównywanie zeszłorocznych koncertów z tegoroczną trasą nie ma najmniejszego sensu. To zupełnie inne występy z odmiennym zamysłem. Wówczas, muzycy przypominali materiał z „Alone Together” z okazji, przepięknej skądinąd, reedycji albumu. Tym razem, mieliśmy przekrojowy zestaw utworów z całej kariery w odświeżonych aranżacjach zaproponowanych przez dojrzałych artystów, co było słychać.
Pierwsza część to set kompozycji z trzech pierwszych płyt. Mogła w nich zaśpiewać tylko jedna osoba. Czas był dla Emilii Nazaruk na tyle łaskawy, że nie tylko jej kompletnie nie nadwyrężył, ale wręcz wzmocnił i wzbogacił. Z całym szacunkiem, ale dawna wokalistka Quidam brzmi w tej chwili lepiej niż kiedykolwiek. Było to słychać od pierwszego „Sanktuarium” (taki nieprawdopodobny strzał na sam początek!) do „Quimpromptu”, a po drodze były jeszcze „Credo I”, „Moje Anioły” i „Jesteś (w labiryncie myśli)”. Chusteczki same otwierały się w kieszeni, tym bardziej, że Emilia zdecydowała się też na bardzo osobiste wyznanie dotyczące swojej burzliwej przeszłości i drogi do obecnego, szczęśliwszego życia.
Druga część koncertu miała nieco bardziej rozrywkowy charakter, jako że charyzmatyczny Bartosz Kossowicz reprezentuje odmienny rodzaj dynamiki. Może to też kwestia repertuaru, wreszcie zupełnie innego niż w zeszłym roku, co chyba dodało wokaliście powiewu świeżości i nowego zastrzyku energii. Dużo po polsku – „Walec”, „Obok mam” i rewelacyjne „Haluświaty”, do tego „Hands Off”. Wiemy, że z tym nie do końca dobrym angielskim to tylko kokieteria, panie Bartoszu. Z „Alone Together” pojawił się, póki co, tylko “They Are There to Remind Us”, za to z obowiązkowym fragmentem „Riders on the Storm” ze śpiewającą na stojąco publicznością.
Następnie, na scenę wróciła Emilia, w towarzystwie Colina Bassa, wokalisty Camel, w przeszłości współpracującego z muzykami Quidam. I faktycznie zrobiło się bardzo „camelowo” za sprawą „Drafted”, „Refugee” i „Fingertips”, ale usłyszeliśmy też żelazne przeboje Colina – „As Far As I Can See” i wzruszające „Goodbye To Albion”, wykonane przez całą trójkę wokalistów.
Na końcu dostaliśmy to, na co chyba wszyscy czekali – najpiękniejsze i najbardziej poruszające fragmenty dyskografii Quidam, zaśpiewane wspólnie przez Emilię i Bartosza. Trudno było się nie wzruszyć słysząc tak głębokie i szczere wersje „Kinds of Solitude at Night”, „Not So Close”, „Głęboka rzeka” i już na bis cudowne „Spotykanie”, jakby ktoś nie był jeszcze dostatecznie zmasakrowany emocjonalnie.
Jeśli miałbym napisać, że był to piękny wieczór, to równie dobrze mógłbym usunąć całą tę relację. Uważam, że w tym roku, w kategorii rocka progresywnego, raczej nic nie przebije tegorocznej trasy Quidam. Tu się wszystko zgadzało – doświadczenie, zaangażowanie, technika, a przede wszystkim emocje i wykonania. Pasja Emilii Nazaruk, żywiołowość Bartosza Kossowicza i angielski luz Colina Bassa wspaniale się dopełniły. Do tego, gitarzysta Maciej Melller w życiowej formie, podobnie jak pozostali instrumentaliści, którzy stali na scenie przez całe dwie i pół godziny tego bogatego i rozbudowanego koncertu. Mają rozmach. Jestem niezwykle ciekawy, czy ta historia naprawdę zakończy się na jednej trasie, czy jednak będzie miała swoją zaskakującą kontynuację.
Views: 7

