A Perfect Circle nie gra w Polsce zbyt często, a właściwie każdy projekt Maynarda Jamesa Keenana przyciąga tłumy, więc tym razem na warszawskim Torwarze było podobnie, zgodnie z oczekiwaniami.
Supportem na tegorocznej trasie grupy jest występująca obecnie solowo (z zespołem towarzyszącym) Jehnny Beth, dawniej z nieodżałowanego Savages. Obecnie, artystka wykonuje zdecydowanie mniej post-punku, a więcej agresywnego, bezczelnego i odważnego industrialu, czyli można powiedzieć, że dostosowała muzykę do swojej osobowości i stylu bycia. Na scenie, Jehnny jest bardzo pewna siebie, niezależna, ale w dalszym ciągu kobieca, choć przy tak dużym obiekcie energia niestety trochę rozchodzi się po bokach, niemal dosłownie. W małym, ciasnym klubie na pewno byłby zupełnie inny klimat, ale solowa twórczość Jehnny, w tym z najnowszej, zeszłorocznej płyty „You Heartbreaker, You” zabrzmiała soczyście i buńczucznie. Szkoda tylko, że z opóźnieniem wynoszącym dokładnie 45 minut, ale w dzisiejszych czasach to na szczęście wyjątek, a nie reguła.
Przez to wszystko trochę straciłem poczucie czasu i nie wiem, ile czekaliśmy na główną gwiazdę, ale było warto już dla samej oprawy. Gigantyczny ekran za muzykami z wizualizacjami to już właściwie standard na tego typu koncertach, ale ogromne wrażenie robiło oświetlenie – wielkie słupy zwisające z sufitu i mieniące się koła zawieszone na podestach, na których stała część muzyków (w tym oczywiście lider). To, co trzeba wyraźnie podkreślić, to autentyczność i jasne zasady. Przyznaję, że pierwszy raz w życiu widziałem na żywo jakikolwiek projekt Maynarda Jamesa Keenana, więc nie do końca wiedziałem, czego się spodziewać. Obawiałem się braku konferansjerki i dużo się nie pomyliłem, bo wokalista ograniczył się praktycznie tylko do przywitania i pożegnania, ale zdaje się, że taki już ma styl. Ewidentnie, skupia się na muzyce i perfekcji. Co do tego pierwszego, to na pewno sprzyjał jej zakaz nagrywania i fotografowania, z wyjątkiem ostatniego utworu (na supporcie było podobnie, Jehnny pozwoliła wyciągnąć telefony tylko na dwóch ostatnich kawałkach). To było naprawdę odświeżające i komfortowe, zwłaszcza dla osób na płycie. W kwestii perfekcji, zespół wykonawczo rzadko wykraczał poza jej ramy, bo Maynard i Billy Howerdel od zawsze grają wyłącznie z bardzo dobrymi muzykami (choćby James Iha). Traci na tym trochę spontaniczność, byłem zaskoczony, że lider zespołu nie ma w sobie więcej charyzmy, właściwie cały czas stojąc w jednej pozycji. Niemniej, grupa zaprezentowała się doskonale, również od strony czysto technicznej, powalając brzmieniem. Setlista koncertu była raczej przekrojowa, uwzględniając większość starszych („Judith”, „3 Libras”, „The Noose”, „The Outsider”, „Weak and Powerless”) i nowszych („Disillusioned”, „TalkTalk”, „The Contrarian”, „The Doomed”) hitów. Nie zabrakło też nowości (świetny „Starless”) i zaskakującego coveru („Imagine” Johna Lennona).
Jak zwykle w takich przypadkach, powrót z Torwaru był długi i namiętny, ale pełen satysfakcji. I choć osobiście wolałbym więcej spontanicznych emocji niż idealnego rzemiosła, to daj Boże każdemu wykonywać takie rzemiosło. Jesienią Maynard James Keenan powróci do Polski z Puscifer i tam też mam nadzieję się pojawić.
Views: 14

